W wydaniu Parkietu na majowy weekend znajduje się interesujący tekst pod tytułem Menedżerowie trafieni opcjami walutowymi. Błażej Dowgielski opisuje w nim losy managerów giełdowych spółek, które popadły w kłopoty finansowe z powodu transakcji na opcjach walutowych.

Cytuję: Z grona giełdowych spółek niemal co trzecia w 2008 r. była stroną transakcji walutowych, a 100, według danych KNF na koniec 2008 r., zawierało umowy opcyjne. Pod koniec 2008 r. ich wycena oraz zrealizowany wynik, według szacunków Parkietu, sięgnęły nawet 1 mld zł na minusie. Straty na transakcjach opcyjnych spowodowały, że kilka giełdowych spółek musiało zdecydować się na postępowanie naprawcze lub upadłościowe.

Nie wszystkie transakcje opcyjnie miały charakter spekulacyjny. Większość z nich zawierano w ramach tzw. korytarzy zerokosztowych. Można się domyślać, że tym co pogrążało firmy nie były kupione opcje chroniące przed umocnieniem złotego (to naturalny hedge eksporterów) lecz wystawione przez firmę opcje narażające spółkę na nieograniczone ryzyko w przypadku osłabienia złotego. Wystawianie tych opcji, które było formą zapłaty premii za kupione opcje zabezpieczające przed umocnieniem złotego, było działaniem czysto spekulacyjnym jeśli wartość nominalna wystawionych opcji przewyższała wpływy dewizowe spółki. Nie ma wątpliwości, że jeśli transakcje opcyjne zachwiały stabilność finansową przedsiębiorstwa i zmusiły zarząd do złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości to było to wynikiem opisanej wyżej spekulacji na rynku walutowym, których negatywnych skutków nie były w stanie zrekompensować wyższe wpływy eksportowe.

Moją uwagę przykuł poniższy fragment artykułu: Gdy zabiegałem o stanowisko członka zarządu w jednej z firm z GPW, jej główny akcjonariusz, po tym jak skomplementował moje kwalifikacje, oświadczył wprost, że nie otrzymam pracy ze względu na mój opcyjny bagaż – nie ukrywa rozgoryczenia inny (były dyrektor finansowy – T).

Oto etyka biznesowa i poczucie odpowiedzialności kadry managerskiej. Pan były dyrektor finansowy jest rozgoryczony dlatego, że ktoś śmie brać pod uwagę fakt, że na poprzednim stanowisku swoimi nietrafionymi decyzjami doprowadził do poważnych strat finansowych. Cóż za arogancja! On, dyrektor finansowy, ma odpowiadać za swoje błędy?

Kolejny cytat: Niewielu z opcyjnych menedżerów z perspektywy czasu ocenia, że popełniło błąd, ma poczucie winy. – Gdy nie stosowaliśmy zabezpieczeń i traciliśmy na eksporcie, analitycy i dziennikarze krytykowali nas za pasywność – mówi jeden z naszych rozmówców. – Proszę poczytać rekomendacje dla złotego z połowy 2008 r. Ja nie pamiętam takich, które mówiłyby, że za euro w ciągu roku płaconych będzie nie 3 zł, a 4,7 zł – wyjaśnia inny.

Powyższe wypowiedzi wskazują albo na wypływające z arogancji zakłamanie albo na totalną niekompetencję. Problemem nie jest przecież fakt, że transakcje na rynku walutowym zawierano ani to, że nie zdołano trafnie przewidzieć zachowanie kursu złotego. Sedno problemu tkwi w tym, że zawierano transakcje, które wiązały się z braniem na spółkę ryzyka finansowego przekraczającego jej możliwości kapitałowe. Za ten błąd odpowiadają managerowie a nie za nietrafioną prognozę kursu złotego.

Mam wrażenie, że po dwóch i pół latach po aferze opcyjnej polska kadra managerska nie wyciągnęła z tej historii żadnych konstruktywnych wniosków.