Grzegorz Hajdarowicz stał się popularnym biznesmenem gdy kontrolowana przez niego firma zakupiła kontrolny pakiet w wydającej Rzeczpospolitą spółce Presspublica.

Niedawno trafiłem na wywiad z Hajdarowiczem, w którym przekonuje, że sektor mediów to zaledwie niewielka część jego działalności inwestycyjnej. Inwestycje medialne zajmują Hajdarowiczowi 20%-30% czasu. We wspomnianym wywiadzie znajduje się fascynujący fragment, który po pierwsze ustanawia nowe standardy relacji inwestorskich a po drugie bardzo wiele informuje do stosunku Hajdarowicza do rynku kapitałowego.

Cytuję: Inwestycje medialne nie zajmą mi więcej niż 20-30 proc. mojego czasu, mam inne rzeczy. Niech Pan nie patrzy na wartość giełdową moich firm, którą między sobą handlują jacyś troglodyci i spekulanci. Trzeba patrzeć na faktyczną wartość, na ich aktywa, a to są setki milionów złotych! Poza tym większość mojego majątku jest poza giełdą.

To nie pierwszy raz gdy Hajdarowicz obraża akcjonariuszy swoich spółek. Pod koniec czerwca Hajdarowicz powiedział dziennikarzowi Parkietu: Ale proszę przeanalizować, jaki procent na walnych zgromadzeniach stanowią nasze akcje i akcje rozsądnych udziałowców, a jakie reszty? Jak możemy dyskutować z kimś, kto kupił kilka walorów i po prostu warcholi? Trzeba mieć wiele złej woli, by nie dostrzegać ruchów, jakie wykonujemy, by podnieść wartość firm, budując ich fundamenty, a nie grając na kursach.

O ‘warcholeniu na portalach internetowych’ Hajdarowicz wspomniał też w wywiadzie dla TVN CNBC. W wywiadzie Hajdarowicz wspomina też o troglodytach i durnych głąbach, które nie rozumieją to co piszą oraz o oszołomach o twarzach nieskażonych inteligencją. Przedsiębiorca zamierza nawet podjąć kroki prawne przeciwko niektórym z wymienionych osób.

Nie zamierzam rozstrzygać kto ma rację w konflikcie Grzegorz Hajdarowicz kontra część mniejszościowych akcjonariuszy. Spór związany jest z wznoszeniem przez Hajdarowicza aktywów ze swoich niepublicznych spółek do notowanych na giełdzie firm (głównie funduszu Jupiter) w zamian za nowe akcje kierowane do Hajdarowicza. Mniejszościowi akcjonariusze uważają, że wycena wnoszonych aktywów jest zawyżona a cena emisyjna akcji za niska (to o tyle dziwne, że cena emisyjna jest zbliżona do rynkowej – mniejszościowi akcjonariusze uważają po prostu, że rynek wycenia Jupiter zdecydowanie poniżej fundamentalnej wartości). Hajdarowicz twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia.

Chciałbym zwrócić uwagę na dwa problemy. Co prawda, Hajdarowicz nie osiąga poziomu Pani Susuve Laumaea z InterOil, o których kontaktach z jednym z krytycznych wobec firmy analityków pisałem w grudniu 2009 roku ale rozszerza granice debaty na rynku kapitałowym. Mógłbym nawet zrozumieć frustrację Hajdarowicza związaną z zachowaniem mniejszościowych akcjonariuszy (zakładając, że rzeczywiście nie ma sobie nic do zarzucenia). Nie rozumiem jednak dlaczego mimo tak przykrych dla niego doświadczeń z rynkiem kapitałowym obstaje przy wprowadzaniu swoich aktywów na giełdę.

Druga sprawa to przeciwstawianie przez Hajdarowicza siebie samego – długoterminowego inwestora, mozolnie budującego wartość firmy przez restrukturyzację i spekulantów – emocjonalnie reagujących inwestorów zainteresowanych szybkim zyskiem. Bez wątpienia Hajdarowicz ma dużo racji gdy sugeruje, że rynki akcyjne ‘skażone’ są krótkowzrocznością w sposobie postrzegania oczekiwanych stóp zwrotu. Ten problem jest głębszy i dotyczy działań zarządu, które także determinowane są krótkoterminowymi efektami. Rzecz w tym, że rozwiązaniem tych kłopotów jest trzymanie się z daleka od rynku publicznego.