Kraków to najbardziej zanieczyszczone miasto w Polsce. Zgodnie z obowiązującymi w naszym kraju normami dopuszczalne stężenie pyłu zawieszonego w powietrzu nie powinno przekraczać 50 g/m3. W Krakowie normy te przekraczane są przez ponad 200 dni w roku. Podaję za gazeta.pl: Z raportu Urzędu Marszałkowskiego w Krakowie jednoznacznie wynika, że głównym winowajcą odpowiedzialnym za wysokie stężenie szkodliwego pyłu PM10 jest niska emisja, czyli piece węglowe, którymi zimą ogrzewa domy ok. 30 tys. mieszkańców Krakowa. W domowych paleniskach krakowianie palą bardzo często niskiej jakości węglem, a także śmieciami i odpadkami. W piecach lądują więc stare lakierowane meble i futryny, ubrania, kolorowe czasopisma czy plastikowe butelki.

Domowe paleniska rocznie emitują do atmosfery 762 tony pyłu i ok. 470 kg rakotwórczego benzopirenu – wynika z raportu UM. Choć w wyniku działalności dużych ośrodków przemysłowych i energetycznych do atmosfery przedostaje się rocznie 165 kg benzopirenu i ponad 980 ton pyłu, to nie wpływa to tak szkodliwie na jakość powietrza w miastach. Powód? Ze względu na wysokie kominy przemysłowe zanieczyszczenia rozpraszają się na dużych wysokościach. Dla porównania: intensywny ruch komunikacyjny emituje ok. 539 ton pyłu do atmosfery.

Podsumowujmy: około 30 tysięcy krakowian ponosi główną odpowiedzialność za to, że 700 000 pozostałych mieszkańców Krakowa egzystuje w najbardziej zanieczyszczonym mieście w Polsce. Trzydzieści tysięcy ludzi oszczędza w zimowych miesiącach kilkanaście, kilkadziesiąt złotych miesięcznie dzięki temu, że nie używają gazu ani energii elektrycznej do ogrzewania mieszkania lecz tańszy węgiel lub darmowe śmieci. Siedemset tysięcy mieszkańców Krakowa narażonych jest na duże większe ryzyko chorób górnych dróg oddechowych (laryngolodzy mówią o ‘krakowskim nosie’) oraz zwiększone ryzyko raka płuc i innych poważnych chorób związanych z wdychaniem szkodliwych i rakotwórczych substancji.

Jestem niewiarygodnie zdumiony, że nie znalazł się jeszcze student lub doktorant, który zechciałby skwantyfikować całkowite ‘oszczędności’ dla 30 000 ‘winnych zanieczyszczeń’ oraz całkowite koszty dla 700 000 ‘ofiar zanieczyszczeń’. Jestem pewien, że rachunek zysków i strat dla 30 000 ‘winnych zanieczyszczeń’ jest pozytywny, w przeciwieństwie do rachunku dla 700 000 ‘ofiar zanieczyszczeń’. Myślę także, że całkowite koszty zanieczyszczenia środowiska przez palenie w piecach w Krakowie są wyższe niż oszczędności na kosztach paliwa. Mimo to, od wielu lat Kraków nie potrafi sobie poradzić z niskimi (emitowanymi blisko powierzchni ziemi) emisjami.

Dzieje się tak dlatego, że oszczędności dla 30 000 krakowian rozkładają się na koszty dla 700 000 krakowian, który ponoszą konsekwencje efektów zewnętrznych niskich emisji. Co można z tym problemem zrobić?

Zgodnie z (ortodoksyjną) ideologią wolnorynkową, każdy z 700 000 mieszkańców Krakowa powinien wytoczyć proces każdemu z 30 000 ‘winnych zanieczyszczeń’, co w najlepszym wypadku oznaczałoby 30 000 procesów zbiorowych. W tych procesach biegli musieliby wskazać jak wysokie odszkodowanie musiałby zapłacić każdy z 30 000 ‘trucicieli’. Zapewne z jednego procesu przeciwko trucicielowi na każdego pokrzywdzonego przypadłaby jakaś symboliczna kwota, być może kilka groszy. Oznacza to, że przeciętny mieszkaniec Krakowa nie ma indywidualnego interesu w wytaczaniu procesów sądowych przeciwko ‘trucicielowi’. Przeciętny ‘truciciel’ ma indywidualny interes w kontynuowaniu zanieczyszczenia środowiska. Oczywiście, każdy z 30 000 procesów sądowych wiązałby się z kosztami sądowymi, w tym kosztami ekspertyz i biegłych.

Tymczasem system totalitarny zaoferować może proste i skuteczne rozwiązania tego problemu. Można na przykład całkowicie zakazać używania pieców węglowych w obrębie miasta i konsekwentnie, za pomocą wysokich kar, egzekwować ten zakaz. Byłby to jednak brutalny zamach na wolność jednostek do wyboru źródła ogrzewania. Podobnie rzecz się ma z zakazem stosowania nie-ekologicznych paliw, na przykład śmieci i konsekwentnego egzekwowania zakazu – byłby to brutalny zamach na wolność jednostki do palenia czymkolwiek w jej PRYWATNYM piecu.

Można stworzyć podatek od ‘efektów zewnętrznych’ generowanych przez niskie emisje (tzw. podatek Pigou). Na przykład opodatkować każdy piec węglowy w Krakowie. Byłaby to jednak, jak każdy podatek, brutalna grabież prywatnej własności. Co więcej, taki podatek zupełnie nie uwzględniałby ilości emisji z poszczególnych pieców węglowych, byłby więc niesprawiedliwy (jak każdy podatek z wyjątkiem pogłównego). Opodatkowanie samych emisji byłoby zapewne kosztowne – konieczne byłoby instalowanie urządzeń do pomiaru emisji w każdym kominie.

Można wreszcie stworzyć program wymiany systemów grzewczych na bardziej ekologiczne. W takim wypadku władze finansowałyby, współfinansowałyby lub kredytowałyby niezbędne inwestycje. Byłaby to jednak, brutalna interwencja władz w gospodarkę oraz brutalna redystrybucja dochodów.

Namiastka takiego programu, zdegenerowana przez urzędniczą niekompetencję, istnieje zresztą w Krakowie. Na podstawie widzimisię urzędników, w niektórych latach (na przykład w 2012 ale nie w 2011) można składać wnioski o zwrot kosztów inwestycji polegających na zastąpieniu pieców węglowych bardziej ekologicznym ogrzewaniem.

Z punktu widzenia pozbawionego ideologicznego skrzywienia ekonomisty sprawa jest prosta: należy sfinansować kilka badań naukowych, których celem będzie określenie przeciętnych kosztów generowanych przez jakąś jednostkę niskiej emisji, wielkość niskich emisji generowanych na metr kwadratowy powierzchni ogrzewanej przez piec węglowy oraz różnicy w kosztach ogrzewania węglem, drewnem, gazem i energią elektryczną. Następnie należałoby wprowadzić podatek od emisji (od ogrzewanej powierzchni?). Należałoby przeprowadzić także rachunek kosztów i zysków i zdecydować czy piece węglowe generują koszty netto dla mieszkańców Krakowa. W takim przypadku należałoby wprowadzić ekonomicznie efektywny program wymiany źródeł ogrzewania, łącznie ze współfinansowaniem wymiany źródeł ogrzewania dla najbiedniejszych mieszkańców – jeśli tylko byłoby to w ekonomicznym interesie 700 000 mieszkańców.

To, że przez 20 lat kolejne władze Krakowa nie znalazły politycznej woli na zrealizowanie choć jednego z powyższych postulatów pokazuje skalę political failure we władzach samorządowych.

Przy okazji, jeśli problem stanowi 30 000 pieców węglowych (zapewne mniej – artykuł wspomina o 30 000 mieszkańcach) a koszty wymiany jednego to pomiędzy 5000 a 10 000 złotych (dysponuję wiedzą w tej kwestii) to problem dałoby się zlikwidować za 150 do 300 mln złotych. Koszt tzw. supermagistratu (Centrum Obsługi Inwestora w Czyżynach) to 227 mln złotych. Rozumiem jednak, że komfort kilkuset krakowskich urzędników ma  pierwszeństwo przed czystym powietrzem dla 700 000 mieszkańców Krakowa.