Za każdym razem, gdy udaje mi się siebie przekonać, że jestem zwolennikiem wolnego rynku spotykam kogoś kto stoi na prawo ode mnie. Internet jest pod tym względem wyjątkowo niełaskawy dla mojego samopoczucia. Na każdym kroku czają się tu ludzie opowiadający się przeciwko publicznemu szkolnictwu, przeciwko obowiązkowi ubezpieczeń, czy za w pełni prywatnymi systemami ubezpieczeń emerytalnych i zdrowotnych. Problem, który ludzie ci zdają się pomijać daje się sprowadzić do stwierdzenia: wolny rynek nie zawsze działa.

Wyobraźcie sobie, że żyjecie w USA, pracujecie na własny rachunek, posiadacie przyzwoite prywatne ubezpieczenie, niezłe dochody – powiedzmy 100 000$ rocznie i Wasza żona rodzi wcześniaka. W szóstym miesiącu ciąży. Jeśli ‚zaoszczędziliście’ na ubezpieczeniu to już teraz możecie pożegnać się z Waszym dzieckiem albo z Waszym  domem. Jeśli wykupiliście porządne ubezpieczenie, to macie przed sobą kilka/kilkanaście miesięcy w miarę normalnego życia – do momentu, w którym skończy się Wasza poprzednia polisa.

Wasz problem polega na tym, że nowej polisy nikt Wam nie da. Nie chodzi o pieniądze. Nikt nie zaproponuje Wam polisy kosztującej $5000 miesięcznie. Po prostu nikt nie weźmie na siebie ryzyka związanego z ubezpieczeniem Waszego dziecka. Wcześniaki, ze względu na nieograniczoną liczbę medycznych konsekwencji ich stanu zdrowia, automatycznie trafiają do grupy nieubezpieczalnych, czyli 5 milionów Amerykanów, których żadna prywatna firma nie chce ubezpieczyć ze względu na już istniejące okoliczności zdrowotne (preexisting conditions).

Jedną z takich osób jest Kendra Dyer – sześcioletnia dziewczynka z USA. Urodziła się w piątym miesiąca ciąży, ze skórą tak transparentną, że widać było krew krążącą w jej żyłach. Jej rodzice przez 18 miesięcy po jej urodzeniu korzystali ze starej polisy ubezpieczeniowej, która pokryła $300 000 kosztów leczenia. Kendra miała sporo szczęścia – żyła w Oklahomie, jednym z 34 stanów, które nadzorują specjalne fundusze ubezpieczeń dla osób podwyższonego ryzyka. W USA zaledwie jedna na 25 nieubezpieczalnych osób może skorzystać z takiego socjalistycznego (tak nazwał te fundusze prezydent Bush w głośnej sprawie Frostów)  dobrodziejstwa. Ubezpieczenie Kendry kosztuje jej rodziców około $3000 rocznie. Do tego muszą oni pokrywać część dodatkowych kosztów (takich jak przyjazd ambulansu), które wynoszą około $6000 rocznie. To nie jest dużo. Koszty uczestnictwa w stanowych systemach ubezpieczeń zdrowotnych mogą sięgać $10 000 rocznie.

To nie koniec historii Kendry. Stanowe ubezpieczenie ma limit w wysokości $500 000. Wszystko wskazuje na to, że Kendra wykorzysta go jeszcze jako nastolatka. Co wtedy? Otóż w obecnym stanie prawnym, jej przyszłość spoczywać będzie w zdolności jej rodziców do opłacenia kosztów koniecznych zabiegów medycznych, które przez ostatnie 4 lata kosztowały prawie 200 000$. Jeśli jej rodzice nie będą mieli wystarczająco dużo pieniędzy, Kendra zwyczajnie umrze.

Nie przytoczyłem tej smutnej historii by kogoś wzruszyć lecz by pokazać, że w obecnej sytuacji w pełni prywatny system ubezpieczeń zdrowotnych nie sprawdzi się. Stanie się tak dlatego, że społeczeństwa zachodu przyjęły założenie o konieczności ratowania życia bez względu na cenę. To założenie nie da się pogodzić z rynkowych rachunkiem zysków i strat, dlatego konieczne staje się zrezygnowanie z jednej z tych rzeczy. Albo pozwolimy państwu wziąć na siebie obowiązek ratowania ciężko chorych, albo przyjmiemy, że w XXI wieku ludzie mogą mieć pecha; na przykład za wcześnie się urodzić i umrzeć ponieważ ich rodziców nie będzie stać na leczenie.

Oczywiście ta historia może być też pomocna w tłumaczeniu różnego rodzaju ignorantom powodów, dla których prywatne ubezpieczenie zdrowotne za 150 złotych miesięcznie jest takie fajne, bo nie trzeba stać w kolejce do laryngologa. Prywatna służba zdrowia w Polsce jest tania i wydajna ponieważ nie zajmuje się leczeniem ciężko chorych ludzi, których miesięczne utrzymanie przy życiu kosztuje czasem kilkadziesiąt tysięcy złotych. Co nie zmienia oczywiście faktu, że publiczna służba zdrowia jest Stajnią Augiasza.

To właśnie problem nieubezpieczalnych najlepiej pokazuje największą zaletę publicznego systemu ubezpieczeń zdrowotnych – rozproszenie ryzyka. Jeśli istnieje jakiś powód, dla którego zwolennicy wolnego rynku mogą popierać publiczne ubezpieczenie zdrowotne, to jest nim właśnie rozłożenie ryzyka. System prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych nie jest w stanie zapewnić takiego mechanizmu.

W końcu nie wszyscy ludzie pozbawieni są instynktu samozachowawczego. Zresztą problem jest o tyle zawikłany, że większość radykalnych liberałów, którzy przynajmniej teoretycznie powinni mieć bardzo niską awersję do ryzyka albo prowadzi działalność publiczną, albo pracuje w publicznych instytucjach, w najlepszym wypadku na publicznych uczelniach. To zaskakujące jak niewielu radykalnych liberałów działa w prywatnym biznesie, na rynkach finansowych, etc.. No cóż, nie bez powodu w 10 najlepszych cytatach 2008 roku znalazło się to zdanie Krugmana: There are no atheists in foxholes and there are no libertarians in financial crises.