Przeczytałem dziś na wyborcza.biz artykuł o otwarciu indyjskiego rynku handlu detalicznego dla globalnych sieci hipermarketów. Jednym z cytowanych w artykule krytyków tej decyzji jest indyjski ekonomista Mohan Guruswama. Cytuję: Nasze badania mówią, że przeciętny Walmart stworzy 285 miejsc pracy, ale zabierze 11,2 tys. – mówił BBC Guruswamy. Szacunki te mogą wydać się przesadne tylko komuś, kto nie widział, jak się pracuje w Indiach, gdzie do każdej czynności wydelegowany jest osobny pracownik: jeden strzyże trawnik, drugi grabi siano, trzeci podlewa, a asystują mu czwarty i piąty, podtrzymując szlauch z obu stron. Szósty pobiera zapłatę.

Nie zamierzam rozważać w niniejszym tekście czy ekspansja sklepów wielko-powierzchniowych jest korzystna dla gospodarki. Zainteresowani czytelnicy z całą pewnością znajdą stosowne badania za pomocą Google. Chciałbym natomiast odnieść się do argumentu Guruswamy, który krytykuje globalne sieci hipermarketów za to, że ich efektywny model biznesowy wymaga mniejszej liczby pracowników do wytworzenia tej samej wartości. Moim zdaniem, ten rodzaj argumentu jest bezpośrednim spadkobiercą ideologii luddyzmu.

Luddyści protestowali przeciwko postępowi technologicznemu w XIX wieku, przede wszystkim w przemyśle włókienniczym. Nowoczesne i wydajne krosna tkackie, które mogły być obsługiwane przez tanią, słabo wykwalifikowaną siłę roboczą stanowiły poważną konkurencję dla wykwalifikowanych tkaczy, w tym chałupników.

Nie mogę się odnieść do sposobu myślenia Guruswamy bez niewinnego reductio ad absurdum. Zastanawiam się czy indyjski ekonomista albo osoby zgadzające się z jego argumentami posiadają w swoim domu pralkę automatyczną. Jeśli tak, to powinny zdawać sobie sprawę, że używając automatycznej maszyny piorącej zniszczyły potencjalne miejsca pracy dla praczek (brakuje mi neutralnej płciowo formy dla tego zawodu). Używanie wiertarek i młotów pneumatycznych zmniejsza zapewne zatrudnienie w budownictwie. Takich przykładów można podać tysiące.

Prezydent Obama tłumaczył kiedyś sytuację na rynku pracy w USA postępem technologicznym i zasugerował, że powstanie bankomatów zmniejszyło zapotrzebowanie na kasjerów. Być może jest to prawda. Rozwój sektora usług finansowych sprawił, że pomiędzy 1986 (początek rozwoju sieci bankomatów) a 2008 rokiem liczba kasjerów w USA wzrosła z 485 000 do 640 000. Jednocześnie istnieją tysiące miejsc pracy w sektorze obsługi i naprawy bankomatów.

Nie ma żadnych wątpliwości, że postęp technologiczny zmienia rynek pracy i to w sposób niekorzystny dla sporej części społeczeństwa. Znikają etaty wykwalifikowanych robotników. Rynek pracy dzieli się na słabo zarabiających pracowników niewykwalifikowanych i dobrze zarabiających pracowników kreatywnych i zarządzających.

Powstaje jednak pytanie czy samo utrzymanie miejsc pracy jest wystarczającym powodem by sprzeciwiać zwiększającemu efektywność postępowi technologicznemu? Wzrost standardu życia wypływa w końcu ze wzrostu wydajności a nie wzrostu liczby miejsc pracy.

Na jakim poziome dobrobytu bylibyśmy obecnie gdyby postęp technologiczny nie zlikwidował 95% miejsc pracy w sektorze rolniczym w państwach rozwiniętych? Odsetek ludności pracującej w rolnictwie spadł przecież z 60%-80% w XIX wieku do 3%-5% obecnie. Jednocześnie amerykański farmer produkuje obecnie żywność dla około 150 osób, choć w 1940 roku produkował dla 20, w XIX wieku dla kilku.

Sprzeciwianie się wzrostowi wydajności dla samego utrzymania niewydajnych miejsc pracy jest po prostu błędem logicznym. Istnieją przesłanki przeciwko wzrostowi wydajności jeśli niesie on ze sobą efekty zewnętrzne zmniejszające wydajność w innych sektorach (szkody ekologiczne, zdrowotne, utrata konkurencyjności całych segmentów gospodarki wskutek intensywnego outsourcingu – kontrowersyjna ale podzielana przez niektórych ekonomistów idea). Ochrona niewydajnych miejsc pracy nie jest jedną z nich.