Na Blogach Bossy miała miejsce zacięta dyskusja o tym czy można kwestionować wysokość wynagrodzeń wyższej kadry managerskiej. Wziąłem w niej udział po tym jak dałem się sprowokować komentatorowi, który wyraził pogląd, że pytania o to czy ktoś zasługuje na swoją pensję, czy powinien tyle zarabiać, jest pytaniem, które może zadać jedynie tchórz o złodziejskich skłonnościach, który powinien wrócić na drzewo, z którego właśnie zszedł.

Obiecałem sobie, że mój blog na platformie Bossy pozostanie wolny od tekstów poruszających kwestie ideologiczne dlatego postanowiłem poruszyć ten temat w tym miejscu. Tym bardziej, że jakąś wersję przekonania, że wysokość zarobków wysokiej kadry managerskiej powinna pozostać poza dyskusją publiczną wyraził ceniony przeze mnie komentator rynków finansowych.

Przyznaję, że pogląd ten budzi we mnie autentyczne zdumienie. Po prostu nie widzę żadnych powodów, dla których nie powinno się dyskutować o wysokości wynagrodzeń. Co więcej, uważam, że w XXI wieku system wynagrodzeń urasta do kluczowej kwestii ekonomicznej. Brak głośnej dyskusji o konsekwencjach obecnego systemu wynagrodzeń jest dla mnie symptomem słabości rynku idei.

Zacznijmy od podstaw, czyli od próby odpowiedzenia na pytanie dlaczego niektórzy ludzie uważają, że nie wolno dyskutować o wysokości wynagrodzeń. Wyodrębniłem trzy powody.

Część ludzi uważa, że takie dyskusje doprowadzą do prób regulacji wynagrodzeń w sektorze prywatnym. Z mojego punktu widzenia są to obawy zupełnie bezpodstawne ponieważ nawet w Europie (nie wspominając o USA gdzie taka idea jest NIE DO POMYŚLENIA) zwyczajnie nie ma ekspertów ani polityków, którzy domagają się regulacji wynagrodzeń w sektorze prywatnym (dodajmy: w firmach nie korzystających z rządowej pomocy).

Innym powodem może być przekonanie, że wysoka kadra managerska tworzy odrębną klasę pracowników, elitę biznesową. Zwykli ludzie nie mają więc prawa dyskutować o wartości pracy wykonywanej przez osoby na kierowniczych stanowiskach. To myślenie jest o tyle fascynujące, że to nie kto inni a zwolennicy liberalizmu gospodarczego wnieśli do dyskusji publicznej przekonanie, że w gospodarce rynkowej praca jest takim samym dobrem jak każde inne.

Jeśli tak jest, to tak jak wolno mi ocenić wartość iPhona tak wolno mi ocenić wartość pracy CEO Apple. Jest mnóstwo ludzi, którzy wygłaszają opinię, że iPhone jest przereklamowanym gadgetem, nie wartym swojej ceny. Nikt nie wyzywa tych ludzi od złodziei i tchórzy. Dlaczego więc opinia, że Tim Cook jest przereklamowanym CEO, nie wartym swojej pensji ma być czymś niestosownym (czytelnicy bloga wiedzą, że to tylko przykład – to nie jest moja opinia o Apple i Cooku)?

Jest wreszcie trzeci powód – przekonanie, że rynek jest efektywny: jeśli w prywatnej firmie ktoś zarabia $20 mln na rok to znaczy, że tyle jest warty. Koniec dyskusji.

To jest fascynująca postawa ideologiczna ponieważ Ci sami ludzi, którzy twierdzą, że rynek jest efektywny i jeśli ktoś zarabia $20 mln to tyle jest warty, nie mają intelektualnych ani etycznych obiekcji by ocenić, że w sektorze mediów społecznościowych istnieje bańka spekulacyjna. Nie cofali się przed pisaniem, że wyceniany PRZEZ RYNEK na 100 mld USD Facebook jest przewartościowany, nie cofali się przed pisaniem, że 1 mld USD, który Facebook, PRYWATNA FIRMA, zapłacił za Instagram jest kwotą absurdalną. Skoro tak, to dlaczego uważają, że kategorycznie nie wolno formułować opinii, że w zarobkach kadry managerskiej rozwija się bańka spekulacyjna, że wysocy managerowie nie są warci swoich wynagrodzeń?

To postawa tak bardzo niekoherentna, że trudno jest mi z nią dyskutować.

Co więcej, praktycznie Ci sami ludzie, którzy wychodzą z założenia, że rynek jest efektywny i jeśli ktoś zarabia $20 mln to tyle jest wart, najczęściej argumentują, że obecny system gospodarczy daleki jest od idealnego wolnego rynku i przez to jest nieefektywny. Akurat radykalni libertarianie powinni mieć najmniejsze problemy z ideą, że wysokość wynagrodzeń kadry managerskiej może być wynikiem nieefektywności rynku spowodowanej zastąpieniem idealnego wolnego rynku systemem, który w języku angielskim określany jest przez nich terminem crony capitalism, a którą to nazwę tłumaczę na kapitalizm kolesiów.

Krotko mówiąc, żyjemy w relatywnie wolnym społeczeństwie. Dzięki temu można swobodnie krytykować decyzje prywatnych korporacji (na przykład zakup Instagrama przez Facebooka) i podważać rynkowe wyceny (na przykład pisać, że Facebook wcale nie jest warty 100 czy 70 miliardów dolarów). Dokładnie na tej samej zasadzie można wyrażać pogląd, że firmy popełniają błąd płacąc kilkadziesiąt milionów dolarów swoim managerom. Można zastanawiać się czy wysokie zarobki kadry managerskiej czy celebrytów nie są przejawem patologii na rynku, który przestał być efektywny.

Naturalnie, niektórzy komentatorzy każdego kto ośmieli się wyrazić powyższe wątpliwości wyzywają od tchórzy i złodziei, przy tym kłamliwie sugerują, że chce się zabrać zamożnym ich ciężko zapracowane pieniądze.

Na wszelki wypadek podkreślę jednak, że dla mnie celem dyskusji o systemie wynagrodzeń nigdy nie było przekonanie, że wynagrodzenia w sektorze prywatnym należy regulować.

W tym miejscu mogę przejść do tej części dyskusji, która wydaje się mi najbardziej fascynująca. Wiemy, że zachowaniami uczestników rynku rządzą bodźce i antybodźce. System wynagrodzeń, w tym wysokość wynagrodzeń, jest jednym z najważniejszych czynników motywujących działania uczestników rynku.

Generalnie, uznaje się też, że najważniejszym celem systemu gospodarczego jest optymalna (efektywna) alokacja zasobów. Libertarianie uważają, że czysty, nieskrępowany wolny rynek zapewnia taką alokację zasobów. Umiarkowani zwolennicy wolnego rynku sugerują, że do zapewnienia efektywnej alokacji niezbędne są regulacje (czy interwencje) państwa. Nie ma większego znaczenia, który pogląd jest nam bliższy ponieważ absolutnie wszyscy zgadzają się, że obecny system daleki jest od nieskrępowanego wolnego rynku a więc zarówno libertarianie jak i umiarkowani zwolennicy wolnego rynku jak i zwolennicy centralnego planowania akceptują ideę, że obecny system gospodarczy MOŻE nie być efektywny, może nie zapewniać optymalnej alokacji zasobów. Różnice mogą się pojawić przy wskazywaniu przyczyn tego stanu rzeczy.

Zabawna historia, zauważyłem, że użycie terminu optymalna alokacja zasobów wywołuje silną negatywną reakcję zarówno u libertarian jak i u zwolenników centralnego planowania. Ci pierwsi wyzywają mnie od komunistów, Ci drudzy od korwinistów. To o tyle fascynujące, że optymalna alokacja zasobów to termin czysto techniczny. Jeśli chcielibyście poznać inny ekonomiczny szybolet to spróbujcie idealną konkurencję. Ta sama reakcja. Wracamy do tematu.

Można sobie wyobrazić, że w jakimś amerykańskim czy europejskim laboratorium pracuje teraz naukowiec, który za kilka, kilkanaście lat opracuje lek na raka, czy raczej sposób tworzenia leków na raka. Być może będzie to metoda na re-programowanie komórek odpornościowych człowieka na zwalczanie nowotworów, być może będzie to metoda na genetyczną modyfikację wirusów, re-programowanych na niszczenie nowotworów po wprowadzeniu do organizmu. Nieważne. Łatwo sobie wyobrazić, że ktoś właśnie prowadzi badania nad terapią anty-nowotworową, która okaże się skuteczna. Nie powinno sprawić trudności określenie zarobków tego człowieka, który kiedyś uwolni miliony ludzi od straszliwej choroby. Zapewne zarabia pomiędzy 100 a 200 tysięcy dolarów rocznie.

To mniej więcej tyle ile zarabia w tydzień muskularny człowiek o przeciętnej inteligencji widowiskowo kopiący piłkę na boiskach ligi angielskiej. To mniej więcej tyle ile zarabiał w miesiąc pracownik Goldman Sachs wciskający belgijskim wdowom i sierotom toksyczne aktywa finansowe.

Moim zdaniem, obecna sytuacja niemal zmusza do zastanawiania się czy system gospodarczy, który stworzyliśmy i w którym żyjemy, w którym człowiek szukający leku na raka zarabia w rok tyle ile piłkarz zarabia w tydzień, jest efektywny, zapewnia optymalna alokację zasobów. Doskonale zdaję sobie sprawę, że takie przedstawienie problemu jest równoznaczne z jego wyolbrzymianiem. Takie jest moje zamierzanie. Celem tego tekstu jest zasygnalizowanie problemu a nie jego analiza.

Kapitał ludzki to najprawdopodobniej najcenniejsza rzecz, którą w XXI wieku dysponuje ludzkość. Efektywna alokacja tego kapitału to podstawa wzrostu gospodarczego. System wynagrodzeń odgrywa kluczową rolę w alokacji kapitału ludzkiego.

Jeśli fakt, że najlepsi polscy onkolodzy, kardiochirurdzy, zarabiają mniej od słabych piłkarzy, słabych klubów, żałośnie słabej ligi piłkarskiej nie wzbudza powszechnej debaty o tym czy system gospodarczy adekwatnie wynagradza za talent i ciężką pracę, czy efektywnie steruje strumieniem kapitału ludzkiego do dziedzin, w których można stworzyć najwięcej wartości dla gospodarki, to fatalnie to świadczy o jakości rynku idei.

Proszę zwrócić uwagę, że jestem tak daleko jak to możliwe od sugerowania rozwiązań poruszanego problemu. Przyparty do muru przyznam, że uważam, że system nie jest efektywny – a być może jednym z wyrazów tej nieefektywności są moje zarobki na rynku finansowym, przynajmniej w porównaniu do zarobków, które mógłbym otrzymywać gdybym poświęcił się karierze naukowej. W kwestii tego dlaczego system jest nieefektywny i co można zrobić by to zmienić jestem dużo bardziej powściągliwy.

W gruncie rzeczy jedną z najbardziej radykalnych reform systemu propagują… radykalni libertarianie. To z tych środowisk pochodzi idea zniesienia ograniczonej odpowiedzialności w prawie korporacyjnym. Zniesienie konceptu ograniczonej odpowiedzialności (albo drastyczne go ograniczenie) proponowane jest jako rozwiązanie problemu zbyt niskiej awersji do ryzyka w sektorze korporacyjnym, moralnego hazardu (pokusy nadużycia), który może uprawiać wysoka kadra zarządzająca ze względu na fakt, że państwo gwarantuje maksymalną odpowiedzialność, którą może ponieść za swoje błędy. Nietrudno jest się domyśleć czy w systemie nieograniczonej odpowiedzialności zmieniłby się system wynagrodzeń.

To oczywiście jedna z proponowanych reform, bez wątpienia bardzo radykalna. Inne pomysły zmierzają do zwiększania kontroli akcjonariuszy, przede wszystkim w spółkach publicznych (w sensie: giełdowych) z rozproszonym akcjonariatem, nad działaniami kadry managerskiej, w tym nad jej wynagrodzeniami. Nie brakuje empirycznych dowodów na to, że brak efektywnej kontroli właścicielskiej może być przyczyną niegospodarności. Interesującym przykładem jest badanie porównujące wielkość floty korporacyjnych samolotów pomiędzy spółkami publicznymi (słaba kontrola właścicielka) a spółkami kontrolowanymi przez private equity (silna kontrola właścicielska). Fascynująca lektura. Część reformatorów chce także zwiększyć odpowiedzialność kadry managerskiej za podejmowane decyzje biznesowe – do tego zmierza idea połączenia bonusów z anty-bonusami.

Podsumowując: naprawdę trudno mi uwierzyć, że ludzie o liberalnych poglądach gospodarczych, próbują zdusić dyskusję o efektywności obecnego systemu gospodarczego. System wynagrodzeń i alokacja kapitału ludzkiego, którą ten system determinuje, jest jednym z kluczowych symptomów efektywności systemu gospodarczego. Jeśli system gospodarczy jest nieefektywny to znajdzie to swoje odzwierciedlenie w systemie wynagrodzeń. Być może to właśnie w systemie wynagrodzeń najłatwiej będzie znaleźć patologie systemu gospodarczego.