W USA rozpoczął się właśnie spór o sposób rozwiązania problemu klifu fiskalnego – zaplanowanych na początek 2012 cięć wydatków publicznych i podwyżek podatków (de facto wygaśnięć tymczasowych obniżek podatków). Po reelekcji Obamy i utrzymaniu przez Partię Demokratyczną (PD) kontroli nad Senatem spór ten dotyczy przede wszystkim Izby Reprezentantów (IR), kontrolowanej przez Partię Republikańską (PR), i prezydenta.

W ogromnym uproszczeniu, w tym sporze, Republikanie dążą do maksymalnego ograniczenia wygasania obniżek podatków. Nieistotne są szczegóły sporu ponieważ dzisiaj chciałem napisać o fascynującej ciekawostce z amerykańskiego życia politycznego.

Republikanie rozpoczęli już kampanię medialną, której celem jest przekonanie, że ich mandat społeczny w Izbie Reprezentantów jest ważniejszy niż mandat społeczny prezydenta Obamy. To niezwykle kontrowersyjna konstrukcja myślowa jeśli weźmie się pod uwagę, że to Demokraci otrzymali więcej głosów w wyborach do IR.

Tymczasem to Republikanie będą mieć więcej przedstawicieli w Izbie. W tej chwili mają zapewnione 233 mandaty, przy 193 dla Demokratów i 9 nierozstrzygniętych.

Jednak, w skali całego kraju to kandydaci Partii Demokratycznej wygrali tzw. popular vote, czyli zdobyli łącznie więcej głosów wyborczych. Ich przewaga wynosi najprawdopodobniej 0,5 mln głosów (53,95 mln do 53,4 mln).

O ile specyfika wyborów prezydenckich – pośrednich, jest dobrze znana w Polsce, to myślę, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z anomalii, które jednomandatowe okręgi wyborcze, zmiany demograficzne oraz pozostawienie w rękach polityków wyznaczania granic dystryktów wyborczych, powodują w procesie demokratycznym.

Popatrzcie na przykład jak wygląda mapa dystryktów wyborczych w Pensylwanii (czerwony kolor to PR, niebieski kolor to PD). Na 18 mandatów do Izby Reprezentantów kandydaci PD zdobyli 5 a kandydaci PR zdobyli 13.

To o tyle zastanawiające, że Obama wygrał ten stan z przewagą 5 punktów procentowych (288 tysięcy głosów). Ktoś powie: to są różne wybory. Słusznie.

Rzecz w tym, że łącznie kandydaci do IR z Partii Demokratycznej zdobyli w Pensylwanii więcej głosów niż kandydaci Partii Republikańskiej (około 2 723 000 do 2 654 000, a więc prawie 70 000 głosów więcej). Jak to możliwe, że partia, która zdobyła ponad 50% głosów w wyborach uzyskała 28% mandatów?

Rysowanie przez polityków granic okręgów wyborczych, w taki sposób by maksymalizowały ilość mandatów uzyskiwanych przez kandydatów ich partii ma w USA specjalną nazwę: gerrymandering. Tutaj możecie obejrzeć największe osiągnięcia tej sztuki.

Na problem ten w kontekście ostatnich wyborów zwrócił uwagę WonkBlog. Myślę jednak, że komentatorzy demonizują trochę gerrymandering. Część opisanych anomalii wynika moim zdaniem z preferowania małych stanów przy rozdziale mandatów (do Izby, Senatu i Kolegium), oraz preferowania obszarów wiejskich i dyskryminowania dużych aglomeracji przy wyznaczaniu granic dystryktów wyborczych. Pechowo, obydwa te czynniki są raczej niekorzystne dla Demokratów.