Na początku grudnia, rozczarowany jakością usługi Neostrada napisałem tekst na blogu, w którym wyraziłem swoje niezadowolenie z postawy Telekomunikacji Polskiej. Napisałem ten tekst z dwóch powodów. Po pierwsze, potraktowałem go jako sposób na wyrażenie swojego niezadowolenia – duża bardziej cywilizowany od „krzyczenia” na pracowników infolinii. Po drugie, uznałem, że to dobry pretekst by pokazać konsekwencje wykorzystywania przez podmioty gospodarcze dalekiego od doskonałej konkurencji oligopolistycznego rynku.

Naprawdę, byłem absolutnie zdumiony gdy w następnych kilku dniach znalazłem w swojej skrzynce pocztowej dwa e-maile od dwóch różnych pracowników Telekomunikacji Polskiej/Orange (z szeroko definiowanych działów public relations) z prośbą o podanie szczegółów moich problemów z Neostradą by mogli mi pomóc w rozwiązaniu moich problemów. Nie chciałem wyjść na blogera, który zmyślił całą historię więc podałem potrzebne informacje.

Dział techniczny skontaktował się jeszcze w tym samym tygodniu z informacją, że „przepięcie” mnie na mniej obciążony węzeł jest teraz niemożliwe ale sprawa zostanie rozwiązana na początku przyszłego roku (co sugeruje, że nie myliłem się spekulując o przyczynach moich problemów z Neostradą). Na początku następnego tygodnia okazało się, że znalazła się dodatkowa przepustowość, „przepięto” moją usługę i rzeczywiście prędkość Neostrady zbliżona jest teraz do maksymalnych z umowy 6 mbps.

Piszę o tym tylko dlatego, że uważam, że jeśli skrytykowałem publicznie jakąś korporację za stworzenie jakiegoś problemu a później ta korporacja rozwiązała ten problem to wyrazem uczciwej postawy z mojej strony powinno być poinformowanie o tym. Tym bardziej, że kontakty z pracownikami TP były bardzo przyjazne a oni bardzo pomocni.

Tak więc, moi drodzy, zakładajcie blogi, „protestacyjne” profile na Facebooku, walczcie o swoje w mediach społecznościowych – to jest całkiem efektywna broń malutkiego konsumenta w sporach z wielkimi korporacjami.

No chyba, że mamy do czynienia z korporacją, z którą w ogóle nie trzeba walczyć bo sama monitoruje jakość swoich usług i gdy zauważy, że nie są na wysokim poziomie to sama proponuje zwrot pieniędzy! Tak zachowuje się Amazon a opisał ten przypadek Henry Blodget. Doświadczył on pewnych niedogodności oglądając wypożyczony z Amazonu film (Casablancę) – konkretnie odtwarzacz miał skłonność do zawieszania się gdy Blodget przewijał film, który oglądał w celach badawczych.

Następnego dnia otrzymał od Amazona e-mail, w którym Amazon poinformował go, że zauważono niską jakość usługi i w związku z tym Amazon oferuje przeprosiny i zwrot kosztów.

Kluczową kwestią w tej historii jest to czy Amazon wiedział, że klientem jest TEN Henry Blodget – redaktor naczelny i CEO portalu The Business Insider a wcześniej znany, i kontrowersyjny, analityk finansowy.

Biorąc jednak pod uwagę, jak Amazon potraktował kiedyś zupełnie nieznanego klienta z Polski, skłonny jestem uznać, że jest to po prostu strategia Amazona a nie jednorazowy „publicity stunt”.

Podobną opinię wyraził zresztą Matthew Yglesias ze Slate, który podkreślając wyjątkową cierpliwą postawę akcjonariuszy Amazona napisał: Wall Street, w gruncie rzeczy pozwoliła prezesowi Amazonu prowadzić działalność jako ekstremalnie skoncentrowane na przyszłości przedsięwzięcie charytatywne, zakładając, że w jakimś momencie w przyszłości Amazon osiągnie monopolistyczną zdolność dyktowania cen i zacznie nas wszystkich „dymać”.