Jest taki dowcip: “ojciec i syn w łódce, wiosłują. W końcu syn mówi: Tato, ale ja już nie chce do tej Ameryki. Ojciec odpowiada: Nie gadaj, wiosłuj.” Myślę, że podobnie będzie z polskimi marzeniami o drugiej Irlandii. To zresztą symptomatyczne, że drugą Japonię też obiecano Polakom akurat wtedy, gdy Japonia wkroczyła w okres kilkunastoletniej degrengolady gospodarczej. Z jednej strony dobrze, że nie naśladowaliśmy Japonii w jej marazmie gospodarczym, z drugiej strony: daj nam Panie taki marazm.
W każdym razie wieści z Zielonej Wyspy nie są pomyślne. W gruncie rzeczy, nikt nie może się spodziewać, że będą pomyślne jeśli uświadomi sobie, że albo w 2006 albo w 2007 roku (zgubiłem gdzieś dane, przyznaje się) w Irlandii oddano do użytku więcej mieszkań niż oddano w Polsce. Problem Irlandczyków polega na tym, że jest ich 7 razy mniej niż Polaków. Na irlandzkim rynku nieruchomości bez wątpienia wyrósł gigantyczny bąbel spekulacyjny, z którego właśnie uchodzi powietrze.
Nagłówki irlandzkich gazet zdobyła prognoza, którą podał Morgan Kelly, a która zakłada, że ceny domów na Zielonej Wyspie spaść mogą, uwaga, o 80% od szczytu do dołka w wartościach realnych, a więc uwzględniających inflację. Irlandia doświadczy więcej wyburzeń niż konstrukcji nowych domów mieszkalnych, w czasie gdy gospodarka zmagać się będzie z następstwami upadku rynku nieruchomości i powstaniem ‘zombie’ banków – to opinia wspomnianego ekonomisty. Moim zdaniem, określenie ‘żywe trupy’ bardzo dobrze oddaje kondycję wielu współczesnych banków.
Kelly zwrócił uwagę na kilka problemów z jakimi zmagać się będzie zdeterminowana bąblem spekulacyjnym na rynku nieruchomości Irlandia. Pierwszym z nich, jest bez mała 300 000 słabo wykwalifikowanych ludzi zatrudnionych w przemyśle budowlanym (ilu z nich to Polacy?). Drugim, jest 110 mld euro kredytów udzielonych irlandzkim deweloperom, przy procencie strat na kredytach potencjalnie znacznie przekraczającym 20%. Trzecim, są rządowe gwarancje dla sektora bankowego, o których już teraz można powiedzieć, że będą wykorzystane przez wierzycieli.
W Irlandii, kraju zamieszkanym przez 5 mln ludzi, co tydzień rejestruje się 5 000 nowych bezrobotnych, w październiku zarejestrowano 260 000 bezrobotnych, o 57% więcej niż przed rokiem. Gwałtownie pogarsza się sytuacja fiskalna Irlandii. Jeszcze w 2006 budżet zakładał 3% nadwyżkę. W 2008 roku spodziewany jest deficyt w wysokości 6.5% PKB. W 2009 ma powiększyć się do 9% PKB.
W mojej opinii, tym co ratuje teraz Irlandię, jest euro. Gdyby Irlandia miała własną walutę doświadczyłaby już kryzysu porównywalnego z Islandią. Jest w tym jakiś paradoks ponieważ pojawiają się opinie, że to brak własnej polityki monetarnej doprowadził Irlandię do obecnej sytuacji.