Tak naprawdę, to mógłbym nawet powiedzieć, że popieram ideę stworzenia złego banku… Pod jednym warunkiem. Wcześniej trzeba by przeprowadzić nacjonalizację banków, których toksyczne aktywa miałyby wejść do złego banku.

Nacjonalizacja. Brzydkie, czternastoliterowe słowo na literę ‘N’. Ale trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: to najprawdopodobniej jedyne wyjście. Zresztą, ponieważ coraz więcej szanowanych przeze mnie analityków i ekonomistów popiera pomysł nacjonalizacji (Roubini, Taleb, Krugman) nie widzę powodu bym miał się ukrywać z tym poglądem.

Najpierw podam jeden kluczowy argument przeciwko pomysłowi stworzenia złego banku bez uprzedniej nacjonalizacji. Otóż, pomysł ten w największym uproszczeniu zakłada, że rząd powoła instytucję finansową – zły bank, która odkupi wszystkie toksyczne aktywa od obecnie działających banków. Dzięki tej operacji przywrócone zostanie zaufanie na ranku (jak w sytuacji, w której rząd niszczy wszystkie lemonki – popsute samochody). Banki uwolnione od toksycznych aktywów zaczną prowadzić normalną działalność, czytaj: kredytować; wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie.

Problem w tym, że trudności sektora bankowego nie polegają na braku zaufania ani na braku płynności. Kłopot polega na tym, że największe banki w USA i UK są technicznymi bankrutami. Problem sektora to niewypłacalność. Stąd, jeśli rząd odkupi toksyczne aktywa po ich rynkowej cenie, to banki nie będą miały kapitału na prowadzenie działalności. Zresztą, większość banków nie zgodzi się na partycypowaniu w programie w obawie przed gargantuicznymi odpisami jakich musiałyby dokonać. W tej sytuacji, aby pomysł złego banku zadziałał rząd musiałby skupować toksyczne aktywa po cenach znacznie wyższych niż rynkowe, co oznaczałyby, nie mniej nie więcej, tylko największą w  historii akcję socjalizowania strat. Podatnicy dotowaliby akcjonariuszy, obligatariuszy i kadrę managerską banków miliardami, a może bilionami dolarów nie dostając nic cennego w zamian.

Zresztą, drodzy czytelnicy, czy nie macie deja vu? Czy spod szminki złego banku nie wystaje przerośnięty warchlak TARP-u Paulsona? Przecież idee obydwu programów są identyczne. Kadra managerska nie ponosi odpowiedzialności i zatrzymuje pozycje. Obligatariusze nie podlegają strzyżeniu, odzyskują wszystkie pożyczone bankom pieniądze. Nawet akcjonariusze nie tracą wszystkich zainwestowanych pieniędzy. Rząd, a więc podatnicy, pozbawieni są operacyjnej kontroli nad oczyszczonymi z toksycznych aktywów bankami. Nic się nie zmienia, poza tym, że podatnicy po zawyżonych cenach odkupują od bankierów tony śmieciowych aktywów.

Rosnąca liczba ekonomistów i analityków uważa, że amerykańskie banki są niewypłacalne. Na przykład Nouriel Roubini prognozuje straty sektora bankowego, pochodzące z urealnienia wycen toksycznych aktywów, w USA w 2009 roku na 2 biliony dolarów. To o pół biliona więcej niż kapitał banków (TIER 1 – kapitał podstawowy). The Institutional Risk Analyst szacuje straty sektora bankowego w USA w 2009 roku na 1 bilion dolarów. Zgodnie z tymi prognozami, system bankowy jako całość byłby co prawda wypłacalny, ale pozbawiony 2/3 kapitału byłby niezdolny do prowadzenia normalnej działalności. Czy jest jakaś dobra wiadomość? Owszem. Według IRA 2/3 do 3/4 wszystkich strat przypadać będzie na Wielką Czwórkę: Citigroup, JP Morgan, Bank od America i Wells Fargo. Razem z Goldman Sachs i Morgan Stanley te cztery banki odpowiadać będą więc za zdecydowaną większą część strat sektora.

W tym miejscu musimy przyjąć założenie, że globalny system finansowy i gospodarka USA nie udźwigną konsekwencji niekontrolowanego upadku tych sześciu instytucji finansowych, tak jak gospodarka UK nie wytrzyma bezładnego upadku kilku kluczowych angielskich banków. Zdaję sobie sprawę, że są ekonomiści, którzy odrzucają to założenie, ale ponieważ stanowią margines publicznej dyskusji o przyszłości systemu finansowego pozwolę sobie kontynuować wywód bez udowadniania prawdziwości powyższego założenia. Myślę, że przykład Islandii głośno krzyczy na rzecz mojej argumentacji.

Skoro więc instytucje ‘za duże by upaść’ nie mogą bezładnie upaść, to rządy muszą wybrać jakiś model pomocy. Przypadkowe zatykanie dziur w systemie, do czego sprowadzał się Plan Paulsona, okazało się kompletnym fiaskiem, pomysł ‘złego banku’ nie byłby lepszy – zostaje więc nacjonalizacja.

Najpierw kilka uwag. Po pierwsze, od początku roku znacjonalizowano w USA już sześć banków. Świat się nie zawalił, nie słyszeliśmy też krzyków lobbystów o ofensywie socjalizmu w USA. Powód? Znacjonalizowano małe, lokalne banki. Zbyt biedne by zapłacić za usługi tysięcy waszyngtońskich lobbystów. W gruncie rzeczy, każdy bank, który ogłasza niewypłacalność w USA przechodzi pod kontrolę Federal Deposit Insurance Corporation (FDIC), a więc de facto pod kontrolę państwa. Proces ten nie jest nazywany nacjonalizacją, ale praktycznie oznacza dokładnie to samo co nacjonalizacja. FDIC gwarantuje depozyt i wyprzedaje aktywa banków innym instytucjom.

Dokładnie tak samo mogłaby wyglądać nacjonalizacja ‘zbyt wielkich by upaść’. W zamian za zastrzyk kapitałowy rząd objąłby 99.9% udziałów. Wymieniłby kadrę managerską i przeprowadziłby audyt wyceniający aktywa banków do cen rynkowych. Gdyby zobowiązania banku okazywały się większe od aktywów, rząd zawierałby układ z wierzycielami, strzygąc ich boleśnie. Wtedy wszystkie toksyczne aktywa mogłyby zostać przeniesione do złego banku. Ich wycena nie miałaby znaczenia ponieważ rząd przenosiłby je z jednej kieszeni do drugiej. Dokapitalizowane, pozbawione złych aktywów, zredukowane (w sensie pomniejszone) banki mogłyby rozpocząć normalną działalność. Po kilku latach, w okresie wzrostu gospodarczego, rząd sprywatyzowałby banki poprzez giełdę. Oczywiście, równolegle z nacjonalizacją największych banków, zupełnie normalnie działałyby mniejsze, regionalne banki, zdrowe i pozbawione toksycznych aktywów.

Co więc stoi na przeszkodzie w realizacji tego planu? Najkrócej mówiąc, interesy najbardziej wpływowych ludzi na świecie: nowojorskich bankierów. W dużym stopniu więc spór ‘zły bank’ kontra ‘nacjonalizacja’ jest sporem pomiędzy podatnikami a bankowcami, pomiędzy zdrową częścią systemu bankowego (wiele, małych lokalnych banków) a chorą częścią sektora (największe banki, przede wszystkim wspomniana wyżej ’szóstka).

Warto przeczytać:

Tekst Krugmana w NYT

Opinia Meredith Whitney z Oppenheimer

Willem Buiter o systemie bankowym w UK

Podziel się z innymi:
  • Google Bookmarks
  • Print
  • email
  • Wykop
  • MySpace
  • Twitter
  • Technorati
  • Facebook
  • PDF

Podobne zagadnienia omówiłem w tekstach:

  1. Jak wygląda nacjonalizacja banków w USA?
  2. Plan Geithnera – dwa spojrzenia
  3. Plan Geithnera
  4. Czy współczesne banki są za duże?
  5. Witajcie w krainie nieskrępowanej wyobraźni
  6. Islandia – 9 miesięcy po finansowym Armagedonie
  7. Mój pomysł na limity inwestycyjne dla OFE