Zastanawiam się jak bardzo musieli wysilić się dziennikarze Dziennika by odkryć, że jedynymi cennymi aktywami będącymi w posiadaniu Kazimierza Marcinkiewicza są kontakty polityczne i informacje, które pozyskał w czasie pełnienia funkcji premiera Polski i wysokiego urzędnika EBOiR. Nie chcę naturalnie krytykować Dziennika, otwarcie napisanie o tym, że polscy politycy sprzedają zagranicznym firmom kontakty i wiedzę pozyskane w czasie pełnienia funkcji publicznych wymagało sporej odwagi.
Dla każdego myślącego człowieka było jednak jasne, że były premier, niezdolny intelektualnie do obrony doktoratu na przeciętnej uczelni ani do opanowania języka angielskiego na poziomie wyższym niż angielszczyzna pakistańskiego taksówkarza z Londynu, nie ma nic czego potrzebowałby Goldman Sachs. Z wyjątkiem kontaktów z czołowymi polityki w Polsce i wiedzy o procesach prywatyzacyjnych, którą Marcinkiewicz zdobył jako premier. Niestety, dziennikarze w Polsce potrzebowali aż kilku miesięcy by odkryć tę prawdę i przybliżyć ją szerszej publiczności. Tym niemniej, wynik ich pracy oceniam bardzo pozytywnie.
Oto kilka najlepszych cytatów z tekstu Marcinkiewicz – doradca, ale na niby: Dziś konkurencja odetchnęła. ‘Goldman w Polsce kojarzy się z ekstrawagancjami Kazika i poezją Isabel’ – kwitują bankowcy. ‘Od miesiąca pijemy szampana za zdrowie Marcinkiewicza. Rzeczywiście, po wpisaniu hasła ‘Goldman Sachs’ do polskiej wyszukiwarki Google pojawia się link do strony ‘Narzeczona Marcinkiewicza’. (…)
Czy w takich miejscach pracował Marcinkiewicz? ‘Co miałby tam robić ze swoim angielskim, który pozwala zamówić najwyżej pizzę przez telefon?’ – kpi uczestnik dopinania debiutu giełdowego PGE. (…)
Po co więc Goldmanowi Marcinkiewicz? Ma dobre relacje z ludźmi z kierownictwa resortu skarbu. Dla banku, który doradza przy prywatyzacji, to ważne.
O Marcinkiewiczu Dziennik napisał także w artykule Jak Goldman Sachs strzelił sobie w stopę: Zdaniem analityków dla wielkiego banku koszt kontraktu z byłym premierem jest minimalny – najwyżej kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie. Przewidywane korzyści – spore. Marcinkiewicz był zaprzyjaźniony z czołówką Platformy, mógł w każdej chwili dodzwonić się do najważniejszych ludzi w państwie. A w dodatku miał dobre znajomości w resorcie skarbu.
Serdecznie polecam obydwa teksty, nie dlatego, że jakoś specjalnie interesuje mnie kariera i ewentualny upadek Kazimierza ‘Dyzmy’ Marcinkiewicza ale dlatego, że artykuły zwracają uwagę na poważny problem: brak jakichkolwiek standardów określających co wolno robić politykom po skończeniu pełnienia ważnych funkcji publicznych a czego nie wolno. Niebezpieczeństwa związane z tą pustką legislacyjną pokazała prywatyzacja PZU. W procesie tym niektórzy politycy kilka razy zmieniali pracodawcę: raz prywatyzowali PZU a raz go kupowali. Ta oczywista patologia polskiego życia polityczno-biznesowego naturalnie nie przeszkadza politykom – bez niej politycy pokroju Marcinkiewicza nie miałyby szans na poważną karierę w biznesie. Karierę, którą i tak są w stanie zepsuć swoją niekompetencją.
Related posts:







