Odwiedzam moje rodzinne strony w ten weekend, mam więc okazję poczytać trochę lokalnej, podkarpackiej (południowo-wschodnia Polska) prasy. W środę, 8 kwietnia, Gazeta Codzienna Nowiny przeprowadziła dziennikarską prowokację, której celem było sprawdzenie znajomości języka angielskiego u kandydatów do Parlamentu Europejskiego w regionie. Wyniki prowokacji nie są oczywiście żadnym zaskoczeniem, ale sprawiają, że w zdrowym, zrównoważonym człowieku rodzą się radykalne pomysły na ograniczenia zepsucia jakie towarzyszy patologicznej formie demokracji przedstawicielskiej.

Według dziennikarzy Nowin tylko troje z siedmiu testowanych kandydatów nie potrzebuje tłumacza. Poziom angielskiego u pozostałej czwórki utrudniałby im znalezienie pracy na budowie w Anglii – naturalnie, tej pracy, dzięki zdegenerowanej demokracji przedstawicielskiej, nigdy nie będą szukać. Istnieje natomiast duża szansa, że osoby zbyt tępe lub zbyt leniwe by w czasie kilkunastu lat działalności publicznej, mając do dyspozycji tysiące darmowych (opłacanych przez podatników) kursów angielskiego, nauczyć się języka angielskiego na poziomie gimnazjalisty otrzymają posady w Parlamencie Europejskim warte kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie.

Kilka uwag: uważam, że znajomość języków obcych powinna być obligatoryjna dla wszystkich kandydatów do Parlamentu Europejskiego. W przypadku angielskiego  wystarczyłby Proficiency zdany na przyzwoite C. W ten sposób automatycznie odsiewałoby się największych głąbów napalonych na karierę w Parlamencie Europejskim. Miałoby to dwie istotne zalety. Po pierwsze naprawdę uniemożliwiłoby to osobnikom intelektualnie niezdolnym do opanowania języka obcego (a więc miernotom intelektualnym, niezdolnym do wywiązywania się z zadań posła) możliwość zajęcia miejsca, które zajęłaby osoby intelektualnie zdolne do pełnienia tej funkcji. Po drugie, wiązałoby się to z istotnymi zyskami dla regionu, który reprezentowałby wybrany poseł – gdyż zdolniejszy intelektualnie i władający językiem obcym przedstawiciel zdołałby ‘wywalczyć’ więcej dla reprezentowanej przez siebie społeczności.

Powstają dwa kluczowe pytania: dlaczego klasa polityczna nie wprowadziła wymogu znajomości języka obcego dla kandydatów do Parlamentu Europejskiego oraz czy społeczeństwo nie ma siły by wymusić wystawianie kompetentnych kandydatów czy też  naprawdę jest zbyt głupie (jako całość) by dostrzec zalety faktu, że posłowie do PE znają języki obce. O ile odpowiedź na pierwsze pytanie jest banalna: klasa polityczna w dużym stopniu składa się z miernot intelektualnych, nie na tyle jednak tępych by samemu zamykać sobie drogę do wielkiej kariery i wielkich pieniędzy, to mam olbrzymi problem z odpowiedzią na drugie pytanie.

Zdecydowanie możemy wykluczyć logiczną alternatywę rodzaju: albo zna język obcy albo dba o polskie interesy. Stąd osoba ze znajomością języka obcego jest ceteris paribus lepszym kandydatem niż osoba nie będąca w stanie go opanować w stopniu komunikatywnym. Nie ma więc racjonalnych powodów by wyborcy ignorowali znajomość języków obcych u kandydatów jako czynnik decydujący o ‘jakości’ kandydata. Wydaje się więc, że zdecydowania większość wyborców jest zbyt lekkomyślna by zwrócić na to uwagę, pozostała część nie dysponuje natomiast odpowiednią siłą by wymusić swoją wolę.

Dlatego na polskiej scenie politycznej z powodzeniem funkcjonują bufony pokroju posła Leszka Deptuły, który na prowokację dziennikarki Nowin udającą belgijską żurnalistkę odpowiadał po polsku, domagając się rozmowy po polsku, a gdy dziennikarka odmówiła pozwolił sobie na taki monolog: To jest prowokacja, już trzeci raz. Bez wygłupów, czy może pani zakończyć tę rozmowę. Mamy was dziennikarzy daleko w nosie z waszymi prowokacjami.

To nie jest blog o polityce. Jednak historie takie jak powyższa nakazują zadać sobie naukowe pytanie o to czy koszty ekonomiczne zdegenerowanej upartyjnionej demokracji przedstawicielskiej nie są zbyt wysokie je pomijać w dyskusjach o kształcie systemu politycznego. Jak wysokie koszty płaci polskie społeczeństwo za to, że Pan Andrzej Zapałowski, który od trzech lat zasiada w Parlamencie Europejskim nie jest w stanie wydukać jednego przyzwoitego zdania po angielsku? Znam kilku Polaków, którzy po kilku miesiącach pracy ‘na zmywaku’ w Anglii opanowali język angielski na poziomie dużo wyższym niż poseł Zapałowski po trzech latach pracy w międzynarodowej instytucji. Czy naprawdę można ignorować ekonomiczne koszty powierzania istotnych funkcji publicznych intelektualnym miernotom lub kompletnym leniom?

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Related posts:

  1. Rosyjskie wybory: o kwantytatywnym wykrywaniu oszustw
  2. Wojny, karabiny i wybory