Marc Faber, jakieś dwa tygodnie temu ostrzegł przed hiperinflacją zagrażającą gospodarce USA. Cytuję za PAP: Amerykańska gospodarka wejdzie w „hiperinflację”, zbliżając się do poziomów w Zimbabwe, bo Rezerwa Federalna będzie niechętna, aby podwyższać stopy procentowe. Niestety, żyjemy w społeczeństwie, które karmi się strachem, dlatego takie wypowiedzi nie tylko trafiają do masowych mediów, one są w nich poważnie traktowane.
W połowie 2008 roku inflacja w Zimbabwe wynosiła 231 000 000 procent i już ta informacja wystarczy by retorykę Fabera skomentować jednym słowem ‘bzdura’. Zastanawiam się czy ktokolwiek z apologetów Fabera zadał sobie trud by policzyć jaki mnożnik byłby wymagany by przy obecnej ekspansji monetarnej osiągnąć dziewięciocyfrową inflację.
W podobnym do Fabera tonie wypowiada się Peter Schiff i wielu innych inwestorów z krótkimi pozycjami na rynku obligacji i długimi pozycjami na rynku towarowym – co naturalnie, zupełnie nie zmniejsza ich wiarygodności w oczach przekonanych do hiperinflacyjnego scenariusza analityków, inwestorów i blogerów. W przypadku Fabera, sprawa jest tym bardziej niepokojąca, że podany przez niego argument, że FED będzie się ociągał w podnoszeniu stóp procentowych by nie zwiększyć kosztów obsługi długu publicznego, ma bardzo dużo sensu.
Nauczeni przez życie, Faber i Schiff unikają już podawania horyzontu czasowego dla swoich prognoz, co czyni te prognozy zupełnie niemożliwymi do zweryfikowania. Ja pozwolę sobie zastrzec, że mój sceptycyzm wobec scenariusza inflacyjnego (i zupełne ignorowanie scenariusza hiperinflacyjnego) dotyczy lat 2009-2010 z tego prostego powodu, że dynamika zmian w globalnej gospodarce, moim zdaniem, pozbawia długoterminowe prognozowanie większego znaczenia.
Rozumiem, że rozmiary ekspansji monetarnej (quantitative easing), przede wszystkim w USA, ale także w UK i Szwajcarii, mogą stymulować obawy inflacyjne, ale dostrzegam szereg mechanizmów działających przeciwko wzrostowi inflacji. Przede wszystkim należy pamiętać, że sama ekspansja monetarna banku centralnego nie kreuje inflacji, stwarza jedynie środowisko do powstania inflacji. Tym co zdecyduje o realizacji scenariusza inflacyjnego będzie postawa instytucji finansowych i konsumentów: konkretnie to, co postanowią zrobić z dodatkowymi pieniędzmi.
W kwestii instytucji finansowych warto zwrócić uwagę na poniższy wykres z newslettera Davida Rosenberga przedstawiający wysokość zasobów gotówkowych w bilansach amerykańskich banków:
Powiedzmy sobie to otwarcie: nawet jeśli FED ‘wydrukuje’ (zapewne: poprzez zakupy obligacji) kolejne 2 biliony dolarów, a pieniądze te trafią do aktywów amerykańskich banków, gdzie będą sobie leżeć jako zabezpieczenie przed odpisami na straty w portfelu kredytowym, to nie będzie to miało znaczenia dla poziomu inflacji. Tak długo, jak banki nie wykorzystują ekspansji monetarnej FED do rozpędzenia akcji kredytowej, i wtórnej kreacji pieniądza, tak długo scenariusz inflacyjny będzie jedynie pretekstem do pompowania cen surowców, ewentualnie akcji. A fakty są takie, że odsetek niespłacanych kredytów rośnie w zastraszającym tempie i dotyczy praktycznie każdej części portfela kredytowego banków, od długu na kartach kredytowych, poprzez kredyty inwestycyjne dla nieruchomości komercyjnych, do kredytów inwestycyjnych dla korporacji.
Drugą stroną równania są ostateczni konsumenci, miliony John Q, i to czy będą mieli ochotę uczestniczyć w nowej fali akcji kredytowej. W tym miejscu znów pomocą przychodzi David Rosenberg z wykresem pokazującym odsetek długu do aktywów netto amerykańskich gospodarstw domowych. Osiągnął onawłaśnie historyczne maksimum na poziomie 26%.
Historyczny poziom tego wskaźnika to 16%. Przed ostatnią bańką na rynku kredytowym wynosił 20%. Powrót tego wskaźnika na powyższe poziomy oznaczać będzie likwidację od 3 bln do 5 bln długu! Czy to brzmi pro-inflacyjnie? Oczywiście wzrost wskaźnika dług/majątek netto nie wynika ze wzrostu poziomu długu, amerykański konsument delewaruje się na potęgę, lecz ze spadku wartości aktywów netto wskutek przekłucia bańki na rynku nieruchomości i na rynku akcyjnym.
Co jeszcze można dodać? Wskaźnik wykorzystania zasobów produkcyjnych znajduje się na historycznych minimach, w okolicy 65%, 15% procent poniżej poziomu sprzed recesji, co pozbawia producentów jakiejkolwiek siły cenotwórczej. Oznacza to, że ewentualne zwyżki na rynku surowców nie przełożą się w pełni, jeśli w ogóle, na ceny towarów konsumpcyjnych, raczej zgniotą marże producentów. To samo, w kontekście dynamiki konsumpcji indywidualnej, dotyczy siły cenotwórczej detalistów.
Na koniec warto zwrócić uwagę na fakt, że nie ma praktycznie możliwości wystąpienia hiperinflacji bez niekontrolowanego wzrostu wynagrodzeń. Tymczasem, obraz jaki wyłania się z analizy amerykańskiego rynku pracy ma bardzo deflacyjny odcień. Po pierwsze, mamy do czynienia z dużym wzrostem bezrobocia, wzrostem liczby pracowników pracujących na część etatu z powodów ekonomicznych i spadkiem liczby godzin pracy w tygodniu. Po drugie, jesteśmy świadkami ograniczenia siły przetargowej związków zawodowych (w USA w maju 2009 roku oficjalnie strajkowało… zero pracowników). Po trzecie, coraz więcej korporacji zapowiada obniżkę wynagrodzeń – według jednego z sondaży 16% korporacji już obcięło wynagrodzenia, kolejne 21% zamierza to zrobić. Czy ktoś potrafi wstawić do tego obrazu hiperinflację?
Moim zdaniem, nie ma istotnych fundamentalnych powodów, by obawiać się tego, że w 2009 lub 2010 inflacja wymknie się spod kontroli banków centralnych. Jeśli pojawią się informacje zakłócające ten tok myślenia, wtedy zrewiduję swoje zdanie. Na podstawie obecnie dostępnych informacji można powiedzieć, że hiperinflacja dotyczy jedynie obaw o hiperinflację.
Related posts:









