Ta historia brzmi jeszcze lepiej niż wiadomość, że Al Gore zużywa rocznie w swoim gospodarstwie domowym tyle energii ile siedem tysięcy siedemset (7700) gospodarstw domowych w Bhutanie (niewielkie państwo w Himalajach).* Istnieje na świecie firma sprzedająca w państwach rozwiniętych produkt dostępny za darmo dla każdego mieszkańca tych państw. Towar dostępny w nieograniczonych ilościach na rynku lokalnym musi pokonać tysiące kilometrów zanim z miejsca produkcji trafi na rynki docelowe. Produkt wytwarzany jest w państwie rządzonym przez brutalną wojskową juntę przez przedsiębiorstwo, które od początku swojego istnienia nie zapłaciło złamanego centa podatku korporacyjnego w biednym, zacofanym państwie, w którym operuje, a którego nazwę, pisaną wielkimi literami, zdołało zastrzec jako znak towarowy, w wielu demokratycznych państwach, między innymi w USA.

Mimo to, konsumpcja produktu, o którym piszę, uchodzi w USA za oznakę dobrego smaku i ekologicznej świadomości. Darmową reklamę zapewnia produktowi prezydent Obama ostentacyjną konsumpcją. Produkt uchodzi za super ekologiczny a produkująca go firma, szczyci się działalnością dobroczynną na rzecz państwa, w którym wytwarza swój produkt oraz na rzecz ochrony środowiska naturalnego. Trudno sobie wyobrazić bardziej obrzydliwy i faryzejski model biznesowy niż imperium FIJI Water.

W tym miejscu muszę poczynić małe wyznanie: sam jestem świadomym ekologicznie konsumentem. Nie używam plastikowych reklamówek (jeśli to robię to później zamieniam je w plastikowe worki na śmieci), nie znoszę marnowania jedzenia (jeśli zjem pół pizzy w restauracji to drugą połowę biorę do domu), wyłączam sprzęt elektroniczny z gniazdek elektrycznych, etc. Moja świadomość ekologiczna wynika jednak bardziej z porządnego konserwatywnego wychowania niż ekologicznej propagandy. W każdym razie, nie mogę oduczyć się kupowania butelkowanej wody mineralnej i tłumaczę tę słabość (i głupotę) kompletnym brakiem zaufania do polskich sieci wodociągowych. Naturalnie, nie jestem snobem przepłacającym za Evian czy FIJI Water – kupuję lokalne marki, teraz popijam Natur Aqua  z Zalaszentgrót (wyprodukowaną przez Coca-Cola Hungary).

Przemysł butelkowanej wody jest jednym z najbardziej sprytnych marketingowych oszustw XX i XXI wieku. Zaczynając od zmanipulowanych opinii lekarzy i dietetyków o tym ile wody potrzebuje dziennie człowiek, poprzez kłamstwa o dietetycznej wyższości wody butelkowanej nad ‘kranówką’, na ukrywaniu faktu o ekologicznej szkodliwości przemysłu wody butelkowanej skończywszy – marketing i PR wody butelkowanej opiera się na manipulacji, przeinaczeniach, niedopowiedzeniach i tonach hipokryzji. Na przykład propaganda przemysłu wody butelkowanej o tym, że człowiek potrzebuje wypijać dziennie od 1,5 litra do 3 litrów mineralnej dziennie nie ma nic wspólnego z wiedzą medyczną. Jonathan Guthrie w Financial Times cytuje UK Food Standards Agency, która rekomenduje picie 1,2 litra płynów dziennie, przy czym kawa, herbata i soki zaliczane są jako ‘płyny’. Podobnie rzecz ma się z ekologicznym kontekstem wody butelkowanej: plastikowe butelki zanieczyszczają środowisko a sprowadzanie wody z miejsc odległych o tysiące kilometrów jest ekologiczną ‘zbrodnią’. Wróćmy jednak do FIJI Water, o której fenomenalny artykuł napisała Anna Lenzer, a który przypłaciła kilkugodzinnym zatrzymaniem i przesłuchaniem przez kontrolowaną przez rządzący Fidżi reżim policję w stolicy tego wyspiarskiego państwa.

Wszystkie poniższe fakty, na temat FIJI Water, pochodzą z tekstu Anny Lenzer:

  • FIJI Water produkowana jest na Fidżi – państwie dotykanym przez epidemie duru brzusznego spowodowanego brakiem sprawnego systemu wodociągowego;
  • FIJI Water produkowana jest w plastikowych butelkach, dostarczanych na Fidżi z Chin,  w rozlewni zasilanej energią pochodzącą z elektrowni opartej na ropie naftowej;
  • FIJI Water transportowana jest tysiące kilometrów od miejsca produkcji do miejska konsumpcji, co w odniesieniu do rynku amerykańskiego oznacza siedmiokrotnie większą emisję CO2 w porównaniu z lokalnymi wodami;
  • FIJI Water stworzył David Gilmour – biznesman, który był współzałożycielem Barrick Gold, największego producenta złota na świecie, zużywającego miliardy litrów wody w procesie produkcji złota i tak bardzo niszczącego środowisko, że norweski, rządowy fundusz inwestycyjny wycofał się z wartej $200 mln dolarów inwestycji w tę korporację;
  • FIJI Water jest zwolnione z podatków na Fidżi od początku swojego istnienia, działalność charytatywna na Fidżi, według dostępnych źródeł, nie przekracza 1/10 budżetu marketingowego a mówimy o firmie, która nie zapłaciła na Fidżi centa podatku CIT;
  • FIJI Water nigdy nie zareagowało na brutalne rządy junty wojskowej na Fidżi, która otwarcie używa wody mineralnego jako sposobu na ‘legitymację’ swojej władzy na arenie międzynarodowej.

Warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół związany z ekologią FIJI Water. Po pierwsze, cieplarniana neutralność korporacji osiągana jest przez działania rekompensujące szkody ekologiczne wyrządzone przez firmę. To bardzo popularny trend, w wielkim skrócie polegający na tym, że trująca środowisko firma ‘sadzi’ setki kilometrów kwadratowych lasu równikowego w Amazonii a następnie zalicza CO2 zneutralizowane w przyszłości przez posadzone drzewa jako swój wkład w walkę z ociepleniem klimatu neutralizujący szkody powstałe z jej podstawowej działalności. Logiczna niespójność tego myślenia jest tak intelektualnie bolesna, że mam problem ze znalezieniem punktu zaczepienia dla kontrargumentów. Najprościej jest chyba odwołać się do wyobraźni i uświadomić sobie korzyści płynące z podobnych działań podjętych przez firmę, która nie transportuje wody mineralnej kilka tysięcy kilometrów, lecz produkuje ją na rynku lokalnym lub, o zgrozo!, dostarcza ją wodociągami. Innymi słowy każdy kto myśli, że pijąc FIJI Water przyczynia się do ochrony środowiska bardziej niż pijąc ‘kranówkę’ ma problemy z logicznym myśleniem.

Polecam także test smakowy wód mineralnych i kranówki z San Francisco (i zachęcam do zrobienia podobnych testów w domu) oraz dane o cieplarnianych odciskach ‘markowych’ wód mineralnych.

* Według doniesień Associated Press w 2006 roku Al Gore zużył w swoim domu, na przedmieściach Nashville 191 000 kilowatogodzin (kWh) energii elektrycznej, około 20 razy więcej niż średnie amerykańskie gospodarstwo domowe (10 000 kWh) i dwanaście razy więcej niż przeciętne gospodarstwo w okolicach Nashville (15 600 kWh). Economic and Social Commission for Asia and the Pacific podała, że w 2001 roku w liczącym 2,4 mln mieszkańców Bhutanie sprzedano do gospodarstw domowych 52 gigawatogodziny (GWh) energii elektrycznej (1 GWh to 1 000 000 kWh) czyli jedno gospodarstwo domowe skonsumowało w tym roku około 24 kWh energii.


Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Related posts:

  1. Kto zarabia na spekulacyjnych bąblach?