W kwietniu 2009 roku zamieściłem na blogu niezwykle popularny w tamtym czasie wykres porównujący cztery wielkie rynki niedźwiedzia: 2007-2009, przekłucie bańki technologicznej, kryzys naftowy i z czasów Wielkiej Depresji. Od tego czasu amerykański rynek akcyjny zdążył wzrosnąć o kilkadziesiąt procent – najwyższy więc czas uaktualnić tamten wykres, tym bardziej, że jego twórca sporządził jego dalszą część, pod tytułem ‘Droga do odrodzenia’.
Zacznijmy od aktualnej wersji ‘czterech złych niedźwiedzi’:
Jak można zauważyć trwający od marca odbicie na rynku akcyjnym wyniosło indeksy w USA dużo powyżej poziomów, na których znajdowały się w tym samem czasie (jeśli za początek wykresu przyjmiemy szczyt notowań) rynki akcyjne w czasie Wielkiej Depresji i kryzysu naftowego. Przynajmniej częściowo wydaje się to uzasadnione. Nikt już nie spodziewa się powtórzenia scenariusza z lat 30’ – skala budżetowej, fiskalnej i monetarnej interwencji jest tak duża, że nie ma mowy o Wielkiej Depresji 2.0. Myślę, że co do tego panuje konsensus nawet wśród najbardziej pesymistycznych komentatorów.
Warto więc spojrzeć na bardziej optymistyczną wersję wydarzeń. Poniższy wykres porównuje ‘drogi do odrodzenia’ po ‘czterech złych niedźwiedziach’. Jest to wykres dostosowany o inflację – co ma sporo sensu ze względu na fakt, że Wielka Depresja to epizod istotnej deflacji a kryzys naftowy to okres wysokiej inflacji. Jak można zauważyć, po osiągnięciu lokalnego minimum, wszystkie rynki testowały dołek, w przypadku rynku niedźwiedzia z lat 30’: testowały bardzo skutecznie.
Istnieje alternatywna wersja tego wykresu, zakładająca, że marcowy dołek był długoterminowym minimum. Naturalnie, jest to scenariusz bardzo optymistyczny.
Moim zdaniem, zwracanie uwagi na takie zestawienia jak powyższe ma pewną istotną zaletę. Przekonuje inwestorów, że rynki mogą podążyć w trendzie dalej niż by się to mogło wydawać. Najgorszą rzeczą jaką może zrobić inwestor jest zaprogramować się na jakąś stronę rynku. Historyczna perspektywa pomaga nabrać potrzebnej skromności względem rynku.
Natomiast, podobnie jak Felixa Salmona, irytują mnie próby tworzenia strategii inwestycyjnych na podstawie takich porównań rynków oddalonych od siebie o dziesiątki lat, a czasem o tysiące kilometrów. Oto przykład: porównanie indeksu Nikkei (od 1980 roku) wyrażone w dolarach i indeksu S&P 500 (od 1990 roku) wyrażone w nie-dolarach (chodzi o to, że obydwa indeksy wyglądają tak jak widzą je zagraniczni inwestorzy):
Analityk Bank of America sugeruje na podstawie powyższej analogii, że S&P 500 może od obecnego poziomu wzrosnąć o kolejne 40% do końca 2010 roku. Co prawda, uważam, że porównanie S&P 500 z Nikkei ma bardzo dużo sensu ponieważ obydwa indeksy obrazują stan gospodarek po przekłuciu bąbla na aktywach finansowych, gospodarek funkcjonujących w warunkach delewarowania po załamaniu się boomu kredytowego, to jednak wyciąganie wniosków inwestycyjnych dla liczby przypadków n=2 jest bardzo nierozsądne. Tym bardziej, że dostosowanie wartości indeksów o kurs waluty jest bardzo naciągane ponieważ S&P 500 w dużo większym stopniu zależy od zagranicznych inwestorów niż Nikkei zależał w lat 90’. Najzabawniejsze, i najbardziej straszne zarazem, jest jednak to, że hipotetyczna, anonsowana zwyżka S&P 500 o 40% odpowiadać ma mini-hossie na Nikkei z przełomu stuleci. Pytanie brzmi: czy w obecnych warunkach naprawdę można liczyć na napompowanie gigantycznej bańki spekulacyjnej na świecie, a takim właśnie bąblem była hossa technologiczna z końca lat 90’?
Podobne zagadnienia omówiłem w tekstach:



