Oficjalna narracja jest prosta: w ostatnich dekadach, a zwłaszcza w ostatnich latach, Amerykanie wpadli w konsumpcyjne szaleństwo. Bez opamiętania kupowali, często na kredyt, dobra konsumpcyjne: od paliwożernych SUV-ów po telewizory płasko-ekranowe. Efekt konsumpcyjnego szaleństwa Amerykanów był taki, że udział konsumpcji indywidualnej w amerykańskim PKB wzrósł z 62% na początku lat 80’ do 71% w 2008 roku a amerykański konsument ze swoim niezaspokojonym apetytem stał się motorem napędowym globalnej ekspansji gospodarczej. To wszystko skończyło się wraz z końcem boomu kredytowego w 2007 roku. Tak brzmi wersja oficjalna. Problem polega na tym, że jest ona bardzo ‘lekko’ oparta na twardych danych statystycznych. Proszę porównać dwa poniższe wykresy i zastanowić się nad możliwymi rozwiązaniami ekonomicznej zagadki stulecia.
Pierwszy wykres przedstawia udział konsumpcji indywidualnej w amerykańskim PKB od 1947 roku do chwili obecnej. Jego interpretacja nie nastręcza żadnych trudności. Po trwającym kilka dekad stanie równowagi, konsumpcja osobista, czyli konsumpcja gospodarstw domowych, ‘wystrzeliła’ jako procent PKB na początku lat 80’. Myślę, że nie będzie nadużyciem jeśli powiąże się ten proces z polityką gospodarczą Reagana.
Teraz zadajmy sobie pytanie: czy w przypadku tak gwałtownego wzrostu konsumpcji indywidualnej jako części PKB należałoby spodziewać się wzrostu sprzedaży detalicznej jako części rozporządzalnych dochodów osobistych? Innymi słowy czy Amerykanie w ostatnich kilku dekadach pozostawiali w sklepach detalicznych coraz większą i większą część swoich dochodów? No jasne chciałoby się powiedzieć! Niestety, byłoby to ‘pudło’ półwiecza:
Najwyraźniej konsumpcja indywidualna jest najbardziej zmanipulowanym (nieświadomie) i najbardziej źle rozumianym i interpretowanym wskaźnikiem gospodarczym na świecie. Michael Mendel wyśmienicie pokazał co wrzucane jest do koszyka ‘konsumpcja indywidualna’ na poniższym wykresie:
Na samym dole znajdują się wydatki na podstawowe produkty i usługi wytwarzane lokalnie (w tym wypadku w USA). Zalicza się do nich żywność, rekreacja, transport, etc. Moim zdaniem do tej kategorii należą także wydatki na edukację.
Powyżej znajdują się wydatki na dobra, których znacząca część wartości pochodzi z importu. To sprzęt elektroniczny, samochody, ubrania, zabawki, benzyna, etc. Warto zwrócić uwagę, że obcięcie wydatków w tej kategorii nie przełoży się automatycznie na spadek PKB w USA o analogiczną sumę – część konsekwencji poniosą zagraniczni dostawcy dóbr.
To co jest najważniejsze: w tym miejscu, na tych dwóch kategoriach, kończą się rzeczy, które my, przeciętni ludzie, utożsamiamy z konsumpcją indywidualną. Co więcej, już w pierwszej kategorii znajdują się usługi i produkty (edukacja, rachunki za media), który wymykają się wyobrażeniu szalonych Amerykanów wydających pożyczone fortuny w centrach handlowych.
Kolejna kategoria obejmuje usługi, za których płatność nie pociąga za sobą strumienia pieniędzy. To na przykład wartość konsumpcji mieszkania we własnym domu albo wartość usług bankowych, za które płacimy niższą niż rynkowa rentownością lokat.
Czwarta kategoria to ochrona zdrowia i nawet w USA w zdecydowanej większości jest ona finansowa przez pracodawców i państwo. Do tej kategorii zalicza się na przykład wydatki w ramach Medicare.
Ostatnia kategoria już nawet oficjalnie nazywa się wydatki społeczne (a nie indywidualne) i obejmuje wydatki grup religijnych, aktywistów społecznych i politycznych.
Jak widać, to co utożsamiamy z zakupowych szaleństwem Amerykanów stanowi co najwyżej 65% czegoś co statystycznie jest konsumpcją indywidualną. Potwierdzają to konkretne dane, na przykład o wydatkach na sprzęt audio-video. W 2000 roku przeciętne gospodarstwo w USA miało $44 649 dochodów i wydało na sprzęt RTV $622 – 1,4% dochodów. W 2007 roku przeciętne gospodarstwo miało $63 000 dochodów i wydało $987 na sprzęt RTV – 1,6% dochodów.
Przy okazji, warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden anegdotyczny fakt, który pomoże nabrać perspektywy w ocenie zakupowego szaleństwa Amerykanów. Pod koniec XVIII wieku wydatki na cukier, kawę i herbatę stanowiły ponad 7,2% budżetu przeciętnego gospodarstwa domowego w Anglii. W 2004 roku, Amerykanie wydawali na komputery osobiste 0,6% swoich dochodów a na sprzęt audio-video około 1,5% swoich dochodów.
Co z tego wszystkiego wynika? Nawet jeśli, zastosujemy rozszerzone prawo Engla do wyjaśnienia spadku udziału sprzedaży detalicznej w rozporządzalnych dochodów – zakładając, że nie tylko wydatki na żywność ale wydatki na wszystkie dobra podstawowe (i zaliczymy do tej kategorii telewizory i samochody, etc) jako procent wszystkich wydatków spadają wraz ze wzrostem dochodów (co ma bardzo dużo sensu) to nie wyjaśnimy fenomenu wzrostu konsumpcji indywidualnej jako procentu PKB poprzez odwołanie się do zakupowego szaleństwa Amerykanów. By wyjaśnić tę zagadkę, trzeba przypomnieć sobie o trzech składnikach konsumpcji indywidualnej:
-
wydatkach na służbę zdrowia
-
wydatkach na edukację
-
wydatkach na indywidualne inwestycje w papiery wartościowe (ta czynność jest zaliczana do konsumpcji indywidualnej)
Co ciekawe, wszystkie trzy powyższe grupy wydatków doskonale wyjaśniają poziom lewarowania klasy średniej w USA. Wydaje się więc, że konsumpcyjne szaleństwo w USA nie wyglądało jako to sobie wyobrażaliśmy i miało dużo bardziej racjonalny charakter niż mogłoby się to wydawać.
Podobne zagadnienia omówiłem w tekstach:
- Dlaczego amerykański PKB spadł tylko o -0.3%?
- Gdzie tkwi potencjał chińskiej gospodarki?
- Co oznacza powrót Amerykanów do oszczędzania?
- PRL – stracone półwiecze
- O efektywności amerykańskiego modelu opieki zdrowotnej
- Nierówność majątkowa, dochodowa i konsumpcyjna
- Amerykański PKB: diabeł tkwi w szczegółach


