Wielokrotnie o tym pisałem ale ponieważ obraz przemawia głośniej niż tysiące słów postanowiłem wrócić do beznadziejnej sytuacji polskich stoczni. Otóż, dla mnie ten problem od początku był jasny. Stocznie, które nie były w stanie osiągnąć rentowności w czasie największego boomu w transporcie morskim w historii są skazane na zagładę w czasie największego od Wielkiej Depresji kryzysu gospodarczego.
Do tych, którzy mają jednak problem pogodzić się z tym stwierdzeniem przemówić może poniższe zdjęcie:
Zdjęcie przedstawia zaledwie niewielką część gigantycznej floty zacumowanej u wybrzeży Singapuru. Simon Parry napisał w Daily Mail, że to największe skupisko okrętów w historii – jest większe niż połączone floty USA i Wielkiej Brytanii. Flota zacumowana u wybrzeży Singapuru nie ma jednak załogi, ładunków ani portów docelowych – to setki kontenerowców, tankowców i masowców, które zamiast kursować pomiędzy Chinami a Europą i USA cierpliwie czekają na polepszenie sytuacji gospodarczej na świecie.
Z artykułu w Daily Mail można się dowiedzieć, że eksperci przewidują, że w ciągu dwóch lat odsetek ‘bezrobotnych’ kontenerowców może osiągnąć 25%. Co czwarty statek tego typu będzie unieruchomiony brakiem popytu na transport.
Co więcej, problemy w przemyśle stoczniowym dopiero się zaczynają. Większość stoczni realizuje teraz zamówienia złożone w szczycie boomu gospodarczego. Ale w okresie ostatniego roku zamówienia na nowe statki praktycznie ustały. Keith Wallis z Lloyd’s List stwierdził, że w 2011 roku azjatyckie stocznie nie będą miały czego produkować.
Właśnie w takiej sytuacji w globalnym przemyśle stoczniowym sprzedawane są polskie stocznie, które nie były w stanie zarabiać nawet wtedy gdy armatorzy prześcigali się w składaniu nowych zleceń.
Podobne zagadnienia omówiłem w tekstach:
