Tak, to jest recenzja książki. W dodatku powieści. Nie mam prywatnego bloga a bardzo chciałem napisać recenzję „Atlasu Chmur”. Więc pojawiła się tutaj. Wkrótce pojawi się tekst z dziedziny finansów. Zdezorientowanych czytelników zapewniam, że ta recenzja to wyjątek.

Jakiś czas temu znalazłem w Internecie dwie listy najlepszych powieści minionej dekady – jedną sporządzoną przez krytyków, drugą stworzoną przez czytelników. Wypisałem sobie pozycje występujące na obydwu listach i nieskromnie przyznam, że był to strzał w dziesiątkę.

„Atlas chmur” Mitchella był trzecią pozycją z mojej listy. Wcześniej przeczytałem „Znany świat” Jonesa i „Gilead” Robinson – obydwie powieści na bardzo wysokim poziomie.

Są takie powieści czy filmy, po zapoznaniu się z którymi człowiek myśli sobie  ‘co za historia!’ a „Atlas chmur” jest jednym z takich właśnie dzieł sztuki. Tu muszę wyznać, że jestem czytelnikiem prymitywnym, od niczego poza dobrą historią od powieści nie wymagającym.

Powieść składa się z sześciu części, z których każda jest w gruncie rzeczy odrębną historią. Opowiadania łączy raczej banalny motyw reinkarnacji oraz fakt, że bohaterowie każdej kolejnej historii mają okazję zapoznać się z historią życia bohaterów poprzednich opowiadań.

Bohater pierwszego opowiadania, amerykański notariusz wracający z Nowej Zelandii do USA w XIX wieku pisze pamiętnik, w którym opisuje swoje przygody z kilkutygodniowego pobytu na Antypodach i rejsu przez Pacyfik. Pamiętnik ten wpada w ręce bohatera drugiej historii – młodego i utalentowanego angielskiego kompozytora, który w 1931 roku spędza kilka miesięcy w zamkowej posiadłości wybitnego kompozytora w Belgii, gdzie ucieka przed wierzycielami i gdzie pracuje jako asystent Mistrza.

Listy, które Robert Frobisher napisał do swojego przyjaciela i kochanka w czasie pobytu w Belgii trafiają do amerykańskiej dziennikarki śledczej z Kalifornii gdy jakieś cztery dekady później nawiązuje znajomość z wybitnym fizykiem nuklearnym, tym samym naukowcem, do którego pisał Frobisher. Sensacyjna historia zmagań Luisy Rey ze skorumpowaną korporacją, która próbuje ukryć prawdę o ryzyku operacyjnym nowej elektrowni jądrowej, którą zarządza, trafia na biurko współczesnego nam wydawcy z Londynu, Pana Cavendisha. Film nakręcony na podstawie biografii Pana Cavendisha, w klimacie współczesnej komedii miejskiej, opowiadający o jego uwięzieniu w domu starców i ucieczce z niego oglądany jest przez genetycznie zmodyfikowaną ‘fabrykantkę’ w Nea So Copros, gdzieś w nieodległej przyszłości.

Historia życia ‘fabrykantki’ Sonmi-451 i jej walki z aparatem władzy zarządzającym konsumpcjonistyczną dystopią, w którą zamieniła się Korea Południowa, a która oparta jest na niewolniczej pracy produkowanych przez klonowanie fabrykantów, została zapisana na urządzeniu przypominającym odtwarzacz halogramów. Gadżet ten jest jednym z nielicznych artefaktów z minionego Świata Rozumu, w prymitywnej, post-upadkowej społeczności zamieszkującej największą wyspę archipelagu Hawajów.

Każda historia w powieści Mitchella napisana jest w innym stylu. Pierwsze opowiadanie stylizowane jest na pamiętniki podróżnicze i przywodzi na myśl Defoe czy Melville. Druga część, moim zdaniem najlepsza, przypomina mi opowiadania Nabokova, z nieodłącznym oszukiwanym oszustem i bohaterem żyjącym w wyimaginowanym świecie stworzonym przez przerośnięte ego. Część trzecia, to Grisham, w przeciętnej formie. Nie mam pojęcia co przypomina mi historia Cavendisha – ale tak mniej więcej wyobrażam sobie współczesną komedię. Część czwarta to niezłej jakość science fiction (Equilibrium, Blade Runner – te właśnie klimaty) – interesująca jako krytyka konsumpcjonizmu. Ostatni kawałek układanki to post-technologiczny prymitywizm, z jakiegoś powodu przypominający mi klimatem Galapagos Vonneguta. Żyjemy w XXI wieku, więc Mitchell ułożył opowiadania w taki wzór: 1,2,3,4,5,6,5,4,3,2,1.

Powieść ma pewne przesłanie społeczne a jest nim pytanie o to czy ‘wielki głód’, potężna siła, która pcha ludzkość naprzód kiedyś ją zniszczy, czy skończymy tam gdzie zaczęliśmy z tego samego powodu, dla którego dziś jesteśmy tak daleko od tego miejsca? Mitchell nie narzuca jednak tych rozważań czytelnikowi. Nie jest nachalny.

W kontekście ekonomii, najbardziej interesująca jest historia Sonmi-451. W Nea So Copros bardzo dosłownie potraktowano hasło ‘wydawanie pieniędzy jest Twoim obywatelskim obowiązkiem’. Rządzące post-państwem korporacje dbają o to by klasa średnia miała wszystko czego potrzebuje do szczęścia. Autorytarne instytucje są dobrze zamaskowane a konsumpcjonizm sprawia, że granica pomiędzy wolnością a totalitaryzmem jest niedostrzegalna dla przeciętnego człowieka. Są wreszcie fabrykanci, niewolnicza siła robocza, produkowana przez klonowanie na farmach, z określonym czasem użytkowania, po upływie którego jest uśmiercana na statkach-rzeźniach. Jak dużo dzieli klonowaną wątrobę od klonowanej pomocy kuchennej?

Jedna zabawna historia. W Nea So Copros urządzenia nie mają znanych nam nazw, przejęły nazwy korporacji, które zdominowały rynek. Laptopy zmieniły się w sony, samochody w fordy, buty w nike, nawet kawa w starbucksa. Cóż, ja bym ‘obstawiam’ apple i toyoty. Starbucks, akceptowalny z rynkowego punktu widzenia, jest mało prawdopodobny lingwistycznie. Krótsze formy wypierają dłuższe. Pisał o tym kiedyś Robert Stiller w komentarzu do Nakręconej Pomarańczy – sam tego nie wymyśliłem.

Jasne, powieści Mitchella można zarzucić przekombinowanie, niepotrzebne mieszanie stylów i cały ten postmodernistyczny bagaż, który dumnie dźwiga na plecach. No i co z tego, pytam, skoro czyta się ją jednym tchem (Grisham trochę nuży), od deski do deski, a po lekturze ma się satysfakcjonujące uczucie zawsze towarzyszące dobrze zainwestowanym kilkunastu godzinom?