Bank Światowy co roku sporządza indeks krajów przyjaznych biznesowi. Raport zatytułowany jest „Ease of Doing Business Index” a jego najnowszą wersję można znaleźć tutaj. Polska, rządzona przez liberalną i prorynkową ekipę Tuska zajmuje w tym rankingu zaszczytne 74 miejsce, zaledwie 11 pozycji za podziwianą przez marszałka Komorowskiego Jamajką.  Pytanie, które chciałbym zadać czytelnikom brzmi: ile miejsc dzieli rządzoną przez ‘nieudacznika, oszołoma, słowem: świra Saakawszwiliego – Gruzję od naszego kraju? Odpowiedź nie jest zaskoczeniem. Gruzję od Polski dzieli 56 pozycji.

To sporo, ale nie ma co się dziwić skoro Gruzja plasuje się, tuż za Estonią, na 18 miejscu rankingu. W tym miejscu warto też przypomnieć, że to Gruzji przypadał tytuł ‘Najlepszego reformatora gospodarki’ według Banku Światowego. Pomiędzy 2006 a 2007 rokiem Gruzja przesunęła się ze 112 miejsca na 18 pozycję w rankingu krajów przyjaznych biznesowi. Wzrost gospodarczy w Gruzji wyniósł około 10% w 2006 i 12% w 2007 roku i został osiągnięty mimo restrykcji handlowych wprowadzonych przez Rosję. Odkąd oszołom Saakawszwili objął władze dochody budżetowe wzrosły czterokrotnie – przede wszystkim dzięki wprowadzeniu bardziej efektywnego systemu ściągania podatków i ceł. Gruzja przezwyciężyła też problemy energetyczne dzięki zapewnieniu dostaw gazu z Azerbejdżanu, większym dochodom, które pozwoliły kupować gaz z Rosji po wyższych cenach i inwestycjom w hydroenergetykę. Czy wszyscy obywatele Gruzji zostali beneficjentami reform nowego rządu? CIA The World  Factbook: Dzięki postępowi w systemie ściągania ceł i podatków przemyt staje się coraz mniejszym problemem. To zastanawiające bo podstawą gospodarki separatystycznej Osetii Południowej jest właśnie kontrabanda – co zresztą jeszcze bardziej upodabnia ją do Kosowa.

Może więc Saakawszwili zaatakował bo w 2008 roku sytuacja gospodarcza znacznie się pogorszyła? W pierwszym kwartale 2008 roku, wzrost PKB wyniósł 9.3% – trudno więc mówić  problemach gospodarczych, tym bardziej, że PKB per capita podwoił się w latach 2004-2007. W tym samym czasie napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich zwiększył się o 230%. Jeśli do tych wyników gospodarczych dodamy podstawowe informacje o Gruzji jako kluczowym kraju tranzytowym dla kaspijskich surowców energetycznych – cele rosyjskiej inwazji wydadzą się zrozumiałe. Przez Gruzję przebiegają trzy niezwykle ważne ropociągi: BTC – czyli Baku-Tbilisi-Ceyhan, Baku-Tbilisi-Erzurum i Baku-Supsa. Te trzy rurociągi są w tej chwili jedynymi, które pozwalają na eksport kaspijskiej ropy z ominięciem Rosji. Zaledwie kilkanaście dni przed rosyjską inwazją gruziński minister ds. energii w wywiadzie dla New Europe mówił, że przy obecnych cenach ropy Gruzja widzi potencjał dla rozbudowy możliwości przesyłowych ropy i gazu. Z wywiadu polecam ten fragment: Czy Gruzja może zostać czymś w rodzaju regionalnego centrum transportu gazu i ropy przez Morze Czarne do Europy, przede wszystkim Ukrainy? To jest nasz plan. I posiadamy wszystkie zasoby konieczne do jego osiągnięcia.

Na inny aspekt sytuacji w Gruzji zwrócili uwagę Gylfason i Hochreiter. Dokonali oni analizy gospodarczych osiągnięć Gruzji i Estonii – a więc jednego z liderów i maruderów postkomunistycznego maratonu (do Rewolucji Róż, Gruzja była typowym postsowieckim skansenem). Nie jestem zwolennikiem tak bardzo uproszczonych modeli ekonomicznych więc przytoczę tylko wyniki badań. Naukowcy wzięli pod uwagę trzy czynniki: edukację (ilość lat), poziom inwestycji (jako procent PKB) i efektywność (handel, politykę makroekonomiczną, governance) i doszli do wniosku, że różnicę pomiędzy poziomem rozwoju gospodarczego (PKB per capita jest w Estonii 4.7 razy większy niż w Gruzji) w równym niemal stopniu tłumaczą różnice w poziomie edukacji i produktywności (odpowiadają za około 100% i 86% procent różnicy) podczas gdy rola inwestycji jest drugorzędna (około 20% róźnicy).

Omawiając wyniki powyższych badań, Richard Baldwin napisał: Pamiętam początek lat 90’ gdy kraje Europy Środkowej były tak bardzo zdesperowane by wejść do UE. Podczas misji Banku Światowego w Warszawie, w 1995 roku, byłem zaskoczony naciskiem jaki politycy w Polsce kładli na problemy geopolityczne. Dla mnie członkostwo w UE było kwestią w 100% ekonomiczną, dla nich wszystko koncentrowało się na zrobieniu wszystkiego by żelazna kurtyna zapadła na wschód od Warszawy następnym razem gdy Rosja zacznie prowadzić imperialistyczną politykę. Byli wyjątkowo przenikliwi w swoich sądach.

Nie do końca zgadzam się z Baldwinem. O tym, że politycy prozachodnich krajów postkomunistycznych byli tak mądrzy jak myśli Baldwin przekonamy się za kilka lat gdy Rosja zachce ‘obronić’ swoich obywateli w Estonii i na Łotwie. Nie mam jednak wątpliwości co do dwóch kwestii: z geopolitycznego punktu widzenie dążenie do członkostwa w NATO i UE za wszelką cenę było mądrzejsze niż pozostawanie na uboczu. To zmusza do zastanowienia się nad motywami tych, którzy prozachodniej polityce Polski tak gwałtownie się sprzeciwiali (zwłaszcza tych, którym FSB pozwalało na nadawanie religijnych programów w Rosji w czasie gdy niszczyło przejawy innych, nieprawosławnych aktywności religijnych). Po drugie, dążenie do członkostwa w UE i NATO było doskonałą motywacją do wprowadzania prorynkowych, antykorupcyjnych i prodemokratycznych reform – program akcesji ustalał nie tylko cele ale i ramy czasowe do ich realizacji. Niezwykle łatwo jest pomylić skutki z przyczynami, ale kraje postkomunistyczne będące członkami NATO i UE osiągnęły gospodarczo i politycznie więcej niż państwa, które nie weszły do tych instytucji. Tylko co z tego wynika w 2008 roku?

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

No related posts.