Światowe media doniosły, a polskie za nimi powtórzyły, że Polska wejść ma w skład grupy państw udzielających pomocy tonącemu funduszowi hedge z miejscem w ONZ – Islandii. Grupa krajów pod przewodnictwem IMF pożyczyć ma Islandii 6 mld dolarów. Polski wkład wynieść ma 200 mln dolarów.
Pierwsze pytanie w związku z tym brzmi: czy 200 mln dolarów to dużo? To zależy. To około 1/400 planowanego budżetu Polski na 2009 rok, czyli wszystkie wydatki rządu w dowolnych 18 godzinach 2009 roku. Tyle pieniędzy polski rząd zamierza przeznaczyć na pomoc krajowi, z którym nie łączą nas istotne kontakty finansowe i gospodarcze. Wspomniane 200 mln dolarów urosłoby w oczach gdyby porównać je z budżetem Ministerstwa Edukacji czy wydatkami na naukę.
Chwila, chwila, powiedzą obrońcy rządu Tuska, to przecież pożyczka. Zostanie spłacona. I tym właśnie problemem chciałbym się zająć. Nie krytykuje rządu za to, że angażuje pieniądze podatników w ratowanie finansów innego państwa (finansów, na Islandii nikt nie umiera z głodu). Zastanawiam się jednak czy ktokolwiek z rządu Tuska zadał sobie kluczowe dla wszystkich kredytodawców pytanie: czy Islandia ma realne szanse spłacić zadłużenie? Bo jeśli nie, to okaże się, że rząd Tuska lekką ręką wyrzuca 200 mln dolarów z budżetu kraju.
To tym bardziej interesujące, że sytuacja ekonomiczna Polski nie jest najlepsza, zadłużenie zagraniczne nie należy do najniższych, a koszty jego obsługi rosną. Jeśli pożyczka dla Islandii jest zagraniem marketingowym, próbą pokazania, że Polska jest tak silna, że pomaga, a nie potrzebuje pomocy, to mamy do czynienia z niezwykle kosztownym blefem. Warto przy tym zauważyć, że w składzie grupy krajów oferujących pomoc Islandii znalazły się obok Polski kraje nordyckie, Holandia oraz Wielka Brytania. Islandię z krajami nordyckimi łączą bliskie więzi kulturowe, polityczne i gospodarcze. Wielka Brytania i Holandia pomagają Islandii ponieważ islandzkie banki prowadziły rozbudowane operacje w tych krajach, a obywatele UK i Holandii stracili dużo pieniędzy zgromadzonych na depozytach upadłych islandzkich banków.
Zajmijmy się jednak kwestią najważniejszą: czy Polska pożycza 200 mln dolarów, czy pożycza je na wieczne oddanie? Jak wspomniałem wielokrotnie, wskutek wahań kursu korony islandzkiej trudno oszacować PKB Islandii w 2008 roku. Reuters doniósł 30 października, że premier Islandii oszacował koszt kryzysu finansowego na 9.5 mld dolarów, czyli około 85% PKB Islandii z 2007 roku. Zgodnie z tą informacją PKB Islandii w 2007 roku wyniósł 11 mld dolarów. Jon Danielsson oszacował islandzki PKB na 6.9 mld dolarów w 2008 zakładając 15% spadek PKB w lokalnej walucie oraz kurs korony do euro na 200 do 1. (Biorąc to pod uwagę i pamiętając o 9.5 mld dolarów strat sektora bankowego można zaryzykować pytanie czy w 2008 roku Islandzki PKB w pewnych standardach księgowych był ujemny? Czy istnieje ujemny PKB?) Co więcej, także w 2009 spodziewany jest dwucyfrowy spadek PKB i to wyrażonego w lokalnej walucie. Dlaczego tym się zajmuję?
Ponieważ Islandia już otrzymała od IMF pożyczkę w wysokości 2 mld dolarów, a z nowym programem pomocy wartości 4 mld dolarów suma pożyczek udzielonych Islandii wyniesie około 6 mld dolarów; w tym 200 mln od Polski. Oznacza to, że tylko zagraniczny dług sektora publicznego stworzony w 2008 roku przekraczać będzie wartość całego islandzkiego PKB 2009 roku! Od tego długu Islandia będzie musiała płacić odsetki i to w sytuacji największego od kilkudziesięciu lat globalnego spowolnienia. Jak sobie czytelnicy wyobrażają obsługiwanie zagranicznego długu publicznego Islandii przekraczającego PKB tego kraju w sytuacji ujemnego wzrostu gospodarczego? Najprostsze równanie matematyczne wymaga by przy EPD (external public debt) większym niż PKB, poziom wzrostu PKB wyższy był od poziomu realnego oprocentowania długu jeśli kraj ma zachować wypłacalność.
Islandia jest na najlepszej drodze do zostania permanentnym bankrutem. W historii wielokrotnie mieliśmy do czynienia z taką sytuacją. Najbardziej znanym przykładem jest obciążona kontrybucjami wojennymi Republika Weimarska, która nie była w stanie spłacić swoich zobowiązań. Warto w tym miejscu przypomnieć, że kontrybucje wojenne stanowiły zaledwie 85% PKB powojennych Niemiec. Tymczasem, tylko rządy Wielkiej Brytanii i Holandii domagają się od Islandii odszkodowania dla brytyjskich i holenderskich obywateli, którzy stracili oszczędności w islandzkich bankach, w wysokości zbliżonej do islandzkiego produktu krajowego brutto.
Nie twierdzę, że Islandia stanie się niewypłacalna i w najbliższej przyszłości dojdzie do restrukturyzacji zadłużenia, które oznaczać będzie, że wierzyciele Islandii umorzą część długu, ale w świetle przytoczonych faktów inny scenariusz wydaje się bardzo nieprawdopodobny. Tym bardziej jeśli weźmie się pod uwagę inne fakty związane z rozwojem sytuacji na Islandii. Około 30% populacji tego kraju poważnie myśli o emigracji. Oczywiście dotyczy to najlepiej wykształconej, najmłodszej i najbardziej dynamicznej części społeczeństwa. O opuszczeniu Islandii myśli także wiele przedsiębiorstw produkcyjnych i usługowych. Dwoma najważniejszymi towarami eksportowymi Islandii są ryby i aluminium. Nadchodząca recesja zmiażdży globalny pobyt na aluminium, zaś rybołówstwo boryka się z problemem zasobności łowisk.
Wydaje się bardzo nieprawdopodobne by Islandia była w stanie spłacić udzielane jej w trybie alarmowym pożyczki. Powstaje więc pytanie, w imię czyich interesów polski rząd ryzykuje pieniądze polskich podatników i udziela pożyczki Islandii?
Related posts:







