Poniższy tekst nie ma charakteru rekomendacji. Jest zapisem luźnych rozważań autora o kilku beznadziejnie zarządzanych spółkach z Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych. Wspólną cechą tych firm jest to, że w okresie fenomenalnej koniunktury gospodarczej zarządy tych firm stanęły na szczytach niegospodarności, niekompetencji i nieudacznictwa, by zarządzane przez nie przedsiębiorstwa osiągały straty na każdym niemal poziomie działalności gospodarczej. W przypadku wielu firm, żałosna egzystencja była możliwa tylko dzięki wpływom gotówki ze śmieciowych emisji akcji z prawami poboru. Środki z tych emisji marnotrawione były na wygórowane pensje dla zarządu, absurdalne plany marketingowe, nieudane strategie restrukturyzacyjne, nieudane przejęcia lub beznadziejne inwestycje giełdowe, w tym w kontrakty terminowe (pozdrowienia dla zarządu Próchnika).

Polcolorit – włoska zaraza na WGPW. Po wzlocie i błyskawicznym upadku Toory Poland inwestorzy w Warszawie z rezerwą podchodzą do spółek z włoskim kapitałem. Polcolorit produkuje glazurę, czyli płytki ceramiczne. Czytelników bloga, świadomych fenomenalnej koniunktury w tym segmencie w 2007 roku, pamiętających być może zapisy na materiały budowlane, zaskoczy fakt, że zarząd Polcoloritu zdołał doprowadzić do straty netto w 2007 roku, przy -5% marży netto. Także pierwsze trzy kwartały 2008 roku, Polcolorit zakończył stratą, przy -12.5% marży netto. Prezes Vittoria Marconi zarobił w pierwszym półroczu 2008 roku 247 000 złotych, czyli 41.600 złotych miesięcznie. Został zawieszony przez Radę Nadzorczą 5 czerwca 2008 roku.

Mewa – giełdowy nielot, zarządzana przez prezesa Kiszkę. Znana z faktu, że w konsekwencji śmieciowych emisji i splitów,  posiada taką ilość akcji, że gdyby każdą z nich wydrukować jako listek (10 cm) papieru toaletowego to wystarczyłoby go do siedmiokrotnego opasania kuli ziemskiej po równiku. Znana także z faktu, że mimo tego, że jej akcje kosztują 1 grosz, jej rynkowa kapitalizacja wynosi 28 milionów złotych, a właściciele ponad 100 mln akcji nie mogą wyjść z inwestycji ponieważ nie ma chętnych do zakupu tych akcji po jednym groszu. Zarząd Mewy może pochwalić się osiągnięciem rentowności netto na poziomie -41.6% w pierwszych trzech kwartałach 2008 roku. Spółka osiągnęła stratę w 2006 i 2007 roku. Niezwykle interesująco wygląda trend wyników netto Mewy. W 2006 roku -0.95 mln, w 2007 roku -4.4 mln, po 3 kwartałach 2008 roku -6.2 mln złotych. Nie może więc mieć za złe panu Prezesowi, że za 6 miesięcy ciężkiej harówki dla akcjonariuszy Mewy pobrał od stycznia do czerwca 2008 roku zaledwie 169 000 złotych, czyli marne 28 000 złotych miesięcznie, prawda? Warto przy tym zauważyć, że prezes Kiszka wraz z Panią wiceprezes kontrolują zaledwie 20% kapitału Mewy, reszta znajduje się w rękach drobnych akcjonariuszy.

Swarzędz – absolutny rekordzista w kategorii rentowność netto. W pierwszych trzech kwartałach 2008 roku, firma osiągnęła 16.2 mln przychodów i 12.5 mln straty netto przy przepływach pieniężnych na poziomie -25.7 mln złotych. A ja myślałem, że to General Motors jest mistrzem w spalaniu gotówki. Rentowność netto Swarzędza w 3 kwartałach 2008 roku to oszałamiające -77%. Drodzy czytelnicy, czy po zapoznaniu się z powyższymi danymi możecie się dziwić, że największym akcjonariuszem tej spółki, posiadającym ¼ kapitału Swarzędza są klienci BZ WBK AIB Asset Management (Arka)? Trzej członkowie zarządu zarobili w pierwszym półroczu 420 tysięcy złotych co daje złotówkę pensji zarządu na każde 40 złotych przychodów i 30 złotych straty.

Dlaczego o tym piszę? By pokazać, że kapitalizm korporacyjny posiada genetyczny defekt, czyniący go niezdolnym do efektywnego działania. Wymaga bowiem by kadra zarządzająca realizowała interesy akcjonariuszy nawet kosztem własnych krótkoterminowych celów. Piszę o tym także, by pokazać jak bardzo zdegenerować potrafi się rynek akcyjny jeśli zostanie pozbawiony odpowiedniej kontroli. Stać się on może swoją karykaturą, w której niekompetentni biznesmani wyłudzają od akcjonariuszy w postaci nowych emisji akcji gotówkę, której nie są w stanie efektywnie zainwestować, a która służy podtrzymaniu egzystencji niewydajnych, prywatnych firm, które w przypadku istnienia efektywnego rynku upadłyby, by na ich gruzach zdolni ludzi mogli zbudować efektywnie działające przedsiębiorstwa. W takim przypadku jedynym ratunkiem jest… recesja.

Ciąg dalszy nastąpi, kiedyś…

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

Related posts:

  1. Bloomberg kpi sobie z życiowego sukcesu prezesa WGPW
  2. 'Szwagry’ na Nasdaq
  3. Dokąd zmierza KGHM?
  4. O kryzysie finansowym z innego punktu widzenia