Tylko krowy nie zmieniają poglądów. Napisawszy to, przyznaję, że należę do tego grona otwartych inwestorów, którzy w czasie ostatnich kilku miesięcy o 180 stopni zmienili swoje poglądy w kwestii poziomu globalnej inflacji w najbliższych latach. Zabrakło mi błysku geniuszu przed wakacjami by przewidzieć nie-inflacyjny scenariusz. Inwestorzy, którzy wtedy przewidzieli deflacyjne procesy w globalnej gospodarce zapewne zrealizowali już całkiem spore zyski choćby z krótkich pozycji na towarach, przede wszystkim ropie naftowej.
Jest jeden podstawowy powód, dla którego część inwestorów i analityków obawia się inflacji: jest nim polityka monetarna najważniejszych banków centralnych. Podstawowym argumentem hiperinflacjonistów, jak ich na potrzeby tego tekstu nazwę, jest wykres pokazujący zmianę w podaży pieniądza, przede wszystkim wzrost bazy monetarnej (najbardziej płynnego rodzaju pieniądza, pieniądza wielkiej mocy). Przyznaję, robi wrażenie.
Ostatnie posunięcia banków centralnych wzmagają obawy, że luźna, antyrecesyjna polityka monetarna doprowadzi do ożywienia uśpionego, inflacyjnego potwora. Pisząc o decyzjach banków centralnych mam na myśli oczywiście procesy związane z kreacją pieniądza, a nie z obniżaniem jego kosztów. Wielu ludzi jest błędnie przekonanych, że obniżanie stóp procentowych jest równoznaczne z drukowaniem pieniędzy. Nic bardziej mylnego. Stopa procentowa to koszt pieniądza. Może wpływać jedynie na zasób pieniężny tylko dzięki zdolności banków komercyjnych do wtórnego tworzenia podaży pieniądza, co umożliwia system rezerw cząstkowych. Banki centralne rozszerzają bazę monetarną poprzez bezpośrednie finansowanie długu rządowego (FED) lub zwiększając bazę monetarną poprzez operacje wolnego rynku. Proszę zwrócić na to uwagę ponieważ rozróżnienie to jest kluczowe dla dalszego wywodu.
Otóż, obniżenie kosztów pieniądza poprzez obniżkę stóp procentowych, a także kreacja nowego pieniądza to jedynie okoliczności, które mogą prowadzić do procesów inflacyjnych. Do ich powstania potrzebny jest motyw – obecność na rynku dużej liczby podmiotów gotowych podjąć ryzyko (poprzez wzięcie kredytu) w celu osiągnięcia dodatkowych zysków. Wielka bańka spekulacyjna na rynkach kapitałowych z lat 2003-2007 nie została stworzona tylko i wyłącznie poprzez niskie, w gruncie rzeczy realnie ujemne, stopy procentowe w rozwiniętym świecie. W jej powstaniu kluczową rolę odegrały gotowe do zainwestowania oszczędności w państwach rozwijających się (przede wszystkim Chin i krajów Zatoki Perskiej) oraz obecność instytucji gotowych do podjęcia ryzyka rynkowego w celu zwiększenia zysków (fundusze hedge, banki inwestycyjne, banki komercyjne, miliony chciwych zysku inwestorów).
Gdyby ktoś uważnie rozejrzał się teraz na rynku kapitałowym, dostrzegłby, że te chętne do podejmowania ryzyka podmioty zniknęły. Niektóre dosłownie zniknęły – zbankrutowały, inne uczestniczą w globalnej zawodach o to kto szybciej się zdelewaruje, czyli ograniczy dźwignię finansową, na której działa (Polecam ten tekst o funduszach hedge). To nie jest środowisko biznesowe, w którym powstają bańki spekulacyjne, ekspansja kredytowa i … hiperinflacja.
Mike Shedlock pokazał inny wykres. Ostrzegam, że jest to rysunek dla ludzi o mocnych nerwach. Oczywiście, nie można wyciągać prognostycznych wniosków na podstawie jednego historycznego zdarzenia (nigdy nie powinno się tego robić dla liczby zdarzeń n, gdy n=1). Tym niemniej, przykład Wielkiej Depresji udowadnia, że możliwa jest deflacja w okresie astronomicznego wzrostu bazy monetarnej.
Innym przykładem pokazującym, że możliwa jest deflacja mimo luźnej polityki monetarnej banku centralnego, jest doskonale wszystkim znany casus pogrążonej w stagnacji Japonii przełomu wieków. Już w tej chwili wielu ekonomistów (w tym Krugman) ostrzega przed pułapką płynności, która sprawi, że banki centralne utracą możliwość osiągania zamierzonego celu inflacyjnego.
Jeśli dodamy do tego spadającą z klifu sprzedaż detaliczną w USA (prawie -9% rok do roku w wartościach realnych w październiku), gigantyczny spadek bogactwa związany ze spadkiem cen domów i akcji oraz brutalne cięcia planów inwestycyjnych przez wiele firm, to okaże się, że w 2009 roku to deflacja będzie głównym zmartwieniem banków centralnych na świecie.
Niestety, tylko na świecie, ponieważ dobrobyt Polaków znalazł się w rękach odciętych od rzeczywistości garstki ekonomicznych teoretyków, którzy ze swojej wieży z kości słoniowej za 15 000 złotych miesięcznie wypatrują inflacyjnych napięć w świecie, który zmierza w stronę deflacji. Brak mi przyzwoitych słów by napisać o tym więcej. Jeśli jednak czytają ten tekst przeciwnicy wprowadzenia euro polecam ich uwadze dokonanie na odwrocie koperty prostych obliczeń pokazujących ile na wejściu do strefy nie-absurdalnych stóp procentowych zaoszczędzi przeciętna polska rodzina.
Jutro część druga, w której rozwinę myśli z przedostatniego akapitu…
Podobne zagadnienia omówiłem w tekstach:


