Ujawnienie, esbeckiej przeszłości profesora Wolszczana, otworzyło kolejną lustracyjną puszkę Pandory. Dwie grupy komentatorów prześcigają się w wymyślaniu coraz to głupszych teorii wyjaśniających fakt, że tylu znanych, odnoszących sukcesy ludzi było w przeszłości konfidentami esbecji.

Grupa, którą roboczo nazwę czytelnikami Gazety Wyborczej, nieśmiało lansuje tezę, że SB posiadało specyficzny system rekrutacyjny wybierający ze społeczeństwa najzdolniejsze jednostki. Tym samym sugeruje, że im bardziej utalentowany był naukowiec czy artysta, tym bardziej zabiegało o jego pozyskanie SB a więc, że propozycja zostania donosicielem SB była w gruncie rzeczy uznaniem dla możliwości takich ludzi. Idąc dalej tym tokiem rozumowania dostrzeżemy, że brak współpracy z SB w życiorysie to oznaka nieudacznictwa, co trafnie wyjaśnia różnice intelektualne pomiędzy Wałęsą a Gwiazdą czy Bomi a Gowinem. Całkiem udanie wykpił tę tezę Rybitzky sugerując by byli donosiciele wpisywali sobie swoją współpracę z SB do CV.

Druga grupa, nazwijmy ją czytelnikami Wprost, zamienia miejscami skutek i przyczynę: ludzie osiągali sukces dzięki współpracy z SB. Wolszczan odkrył tę cholerną planetę bo oficer SB przycisnął i rozbił na przesłuchaniach Układ Słoneczny i podał profesorowi współrzędne – zdają się mówić.

A prawda nie leży nawet pośrodku. Według różnych danych, agentami SB było od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy ludzi. Co więcej, w rekrutacji SB koncentrowała się na trend setterach, jakbyśmy ich dzisiaj nazwali, ludziach popularnych i wpływowych. To dlatego wydaje się, że naukowcy i artyści byli dużo bardziej zepsuci niż sprzątaczki i kombajniści.

Statystyka nie przestaje obowiązywać służby specjalne totalitarnego państwa i SB rekrutowała zdolnych naukowców i półgłówków, utalentowanych artystów i marnych twórców, pomysłowych biznesmanów i nieudaczników. Cały problem polega na tym, że ogólnopolskie media nie zainteresują się agenturalną przeszłością podrzędnego doktora nauk przyrodniczych z Wyższej Szkoły Czegoś w Byłym Mieście Wojewódzkim. Dlatego lustracyjna bestia, żywi się profesorami Miodkiem i Wolszczanem a nie taksówkarzem z Krosna czy spawaczem z Radomia.

Kretyńska dyskusja, która ma teraz miejsce to efekt zwykłego zbiasowania mediów, które informują jedynie o agenturalnej przeszłości znanych osób. SB nie rekrutowała tylko zdolnych ludzi, tak jak do Solidarności nie poszli tylko zdolni i odważni. Ludzie nie dorabiali się fortun, ani nie budowali akademickiej pozycji tylko na związkach z SB. Litości. Gdyby ktokolwiek mógł dostrzec odpowiednio duży obraz zobaczyłby w grupie agentów SB zwykły statystyczny rozkład inteligencji, talentu i polotu a jedyne co mogłoby wyróżniać ten zbiór to statystycznie istotna liczba przypadków urazów kręgosłupa. Moralnego.

Podziel się:
  • Print
  • Facebook
  • Twitter
  • Google Bookmarks
  • email
  • PDF
  • RSS
  • Wykop

No related posts.