Wall Street Journal ustalił, że każda z 50 najpopularniejszych stron internetowych w USA instaluje na komputerze użytkownika średnio 64 elementy oprogramowania śledzącego zachowanie użytkownika w Internecie. Większość stron robi to bez żadnego ostrzeżenia.

Instalowane są już programy zdolne do odczytywania tego co wpisujemy na stronach internetowych a także śledzenia na bieżąco ruchów użytkownika w sieci i na ich podstawie tworzenia jego dokładnego profilu marketingowego, społecznego a nawet medycznego. Informacje o każdym użytkowniku łączone są w pakiety i sprzedawane na specjalnych aukcjach.

Naturalnie, przynajmniej oficjalnie, każdy użytkownik zapisany jest jako numer a jego identyfikacja, przynajmniej teoretycznie jest niemożliwa. Nikt jednak nie zaprzecza, że nie jest to kwestia istniejącej technologii – ta bez problemu wystarcza do identyfikacji.

Pozwolę sobie na odrobinę ironii: ale wszystko jest przecież w porządku ponieważ szpiegowaniem tym zajmują się prywatne firmy, rządzą nim mechanizmy rynkowe a nadzorują go ludzie, których motywacja związana jest z maksymalizacją zysków. To nie to samo co totalitarne pomysły władzy państwowej, która chce dostępu do informacji o naszych wyszukiwaniach w Sieci by namierzyć ludzi szukających na przykład dziecięcej pornografii. W tym przypadku mamy do czynienia z brutalnym pogwałceniem wolności, któremu koniecznie trzeba się przeciwstawić za pomocą petycji i listów protestacyjnych. Koniec ironii.

Wspomniane 50 największych stron, a raczej portali, w USA, odpowiadające za 40% stron, które oglądają Amerykanie, zainstalowało prawie 3200 ‘ciasteczek’ i tworów ‘ciasteczkopodobnych’. Około jedną trzecia z tej liczby stawiły ciasteczka nieszkodliwe, na przykład zapamiętujące nasze preferencje. Pozostałe dwie trzecie było elementami systemu zbierającego przydatne marketingowo informacje o użytkownikach Sieci.

Oczywiście, ludzie pracujący w opisywanym biznesie zapewniają, że śledzenie użytkowników Internetu służy ich dobru ponieważ może im zapewnić dopasowane indywidualnie reklamy. To oznacza na przykład, że osoba szukająca w internetowej encyklopedii (nie w Wikipedii, która wolna jest o zbierających informacje ciasteczek) informacji o danej chorobie będzie napotykać reklamy adekwatnych lekarstw czy gabinetów medycznych. Znany z science fiction świat spersonalizowanych reklam jest już na wyciągniecie ręki.

Wydaje się mi rzeczą oczywistą, że rozwój mocy obliczeniowych, możliwości przechowywania danych i ich zbierania sprawi, że sfera naszej prywatności skurczy się do naszego domu, oczywiście pod warunkiem wyłączenia w nim urządzeń elektronicznych. Jakość specjalnie mnie to nie przeraża tak długo jak będzie istniała konkurencja w tym biznesie zbierania informacji.

W tej sferze dużo zależeć będzie od ewentualnych rozstrzygnięć sądowych. Z całą pewnością, regulacje pozostawać będą w tyle za rozwojem technologii.