Wspomniałem niedawno, że globalna gospodarka ma za sobą inflacyjny roller coaster. Jeszcze na początku 2008 roku wydawało się, że światu grozi wysoka inflacja napędzana niskimi realnymi stopami procentowymi i wysokimi cenami surowców, w tym żywności. W trzecim kwartale 2008 roku dla wszystkich stało się jasne, że gospodarka globalna wchodzi w okres poważnego osłabienia, a gospodarki krajów rozwiniętych w recesję.
Od zanotowanych latem 2008 roku szczytów indeks cen towarów spadł o 40%, ceny ropy spadły o ponad 60%, ceny przewozów morskich o 90%. Pozwoliło to na spadek inflacji według cen producentów (PPI) w USA w trzech kolejnych miesiącach. Spowolnienie gospodarcze spowodowało spadek sprzedaży detalicznej, czyli spadek konsumpcji – motoru napędowego amerykańskiej gospodarki. Wraz ze spadkiem konsumpcji zaczęły spadać ceny konsumpcyjne (CPI) – przez trzy kolejne miesiące. Analitycy i twórcy polityki monetarnej zrozumieli, że gospodarka globalna stanie w 2009 roku przed ogromnym zagrożeniem: deflacją.
Dlaczego deflacja jest taka groźna? Deflacja zaburza sposób funkcjonowania gospodarki jaki znamy. Spadek cen połączony z dużymi zapasami dóbr (taka sytuacja ma miejsce na rynku motoryzacyjnym, mieszkaniowym – w USA) wymusza ograniczenie produkcji, te wymuszają ograniczenie zatrudnienia. To oznacza mniejsze dochody społeczeństwa, a więc mniejszą konsumpcję czyli mniejszy popyt, który prowadzi do dalszego spadku cen. Tak wygląda deflacyjna spirala.
Co więcej, tak szybko jak oczekiwania deflacyjne staną się powszechne, same przez siebie będą ograniczać konsumpcję. Ludzie będą odkładać konsumpcję ze względu na świadomość, że za jakiś czas kupią te same dobra za niższą cenę.
Deflacja powoduje także, że nawet w przypadku nominalnych stóp procentowych na poziomie bliskim zera realne stopy procentowe są dodatnie i relatywnie wysokie. Deflacja na poziomie 2% i stopy procentowe na poziomie 0.5% tworzą realne stopy procentowe na poziomie 2.5% – coś czego banki centralne chciałyby uniknąć w czasie spowolnienia gospodarczego.
Jeszcze gorsze żniwo zbiera deflacja na rynku długu. Zauważmy, że w warunkach deflacyjnych pożyczkobiorca pożycza pieniądze, które mają mniejszą wartość, niż będą mieć wtedy gdy będzie je oddawał. To stawia planowanie inwestycji na głowie. Wyobraźmy sobie przedsiębiorcę, który chce zainwestować pieniądze w jakąś działalność. Bierze kredyt inwestycyjny. Musi nie tylko zmagać się z odsetkami od tego kredytu, które będą wysokie ze względu na wysokie ryzyko inwestowania w czasie spowolnienia gospodarczego. Ma także świadomość, że wskutek deflacji realna wartość nominalnego długu, będzie większa w momencie jego spłaty niż w momencie zaciągnięcia. Wszystko to będzie mieć miejsca w okresie spadku popytu, a więc w czasie gdy szanse powodzenia nowych inwestycji będą niewielkie.
Jeszcze groźniejsza jest deflacja dla inwestycji finansowanych z kredytu w aktywa, których wartość spada wskutek deflacji, na przykład dla inwestycji mieszkaniowych. Osoba rozważająca zakup nieruchomości będzie musiał zmagać się z kosztem kredytu, mechanizmem deflacji długu opisanym w akapicie wyżej i spadkiem cen zakupionej nieruchomości. Oczywiście, wskutek wszystkich wymienionych wyżej czynników w czasie recesji połączonej z deflacją wzrasta liczba podmiotów, które nie są w stanie spłacać swojego długu co powoduje, że banki muszą podnieść prowizje przy udzielaniu kredytów, co podnosi realny koszt kredytu.
Jednym słowem: trwała deflacja stawia na głowie rynkowe mechanizmy, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Powstaje pytanie o to jak silne są oczekiwania deflacyjne. Pewnej odpowiedzi udzielają w tej kwestii poziomy rentowności obligacji indeksowanych o poziom inflacji (w USA to są TIPS). Poniższy wykres pokazuje, że inwestorzy na kluczowych rynkach kapitałowych całkiem poważnie biorą pod uwagę możliwość wystąpienia deflacji.
Related posts:








