Na blogu Olgierda Rudaka znalazłem odnośnik do interesującego tekstu o tym ile pieniędzy pochłania polska biurokracja. W związku z tym tekstem miałbym małą zagadkę dla czytelników bloga. Proszę uszeregować podane państwa od tego, w którym urzędnicy państwowi stanowią największą część zatrudnionych ogółem, do państwa, w którym ten wskaźnik jest najniższy: Łotwa, Czechy, Polska, Dania

Odpowiedź znajdziecie na poniższym wykresie:

Za Money.pl

Za Money.pl

Niespodzianka, prawda? Jestem pewien, że wielu z Was spodziewało się odwrotnej kolejności. (Jedna uwaga w kwestii wykresu: dane z Belgii i Luksemburga są sztucznie zawyżone przez instytucje UE).

Proszę mi wybaczyć to odważne stwierdzenie ale mam wrażenie, że administracja stała się takim pochyłym drzewem, na który każda koza ma ochotę wskoczyć (sam nie mogę się często powstrzymać!). Może to i dobrze, może ta zmasowana krytyka przyczyni się do poprawy efektywności biurokracji. Zanim to nastąpi przygotowałem dla czytelników inny wykres: odsetek kosztów administracyjnych w programach pomocy socjalnej w państwach Unii Europejskiej:

Za Eurostat

Za Eurostat

Znów niespodzianka! Chciałem jednak zwrócić uwagę na dużo poważniejszą sprawę. Artykuł na Money.pl zawiera interesujące liczby, które pomogą mi się wreszcie rozprawić z memem ‘deficyt budżetowy – obetnijcie wydatki na administracje!’. Trudno mi zweryfikować dane z Money.pl, zakładam, że odzwierciedlają one rzeczywistość.

Administracja, zakładam, że zarówno państwowa jak i samorządowa, kosztuje około 78 mld złotych rocznie. Mam nadzieję, że nie ma nikogo kto zakładałby, że można wydatki na administrację obciąć do zera. Deficyt sektora publicznego to około 100 mld złotych. Obcięcie wydatków na administrację o 50% zmniejszyłoby deficyt do 61 mld złotych. A przecież (zakładając, że obcinanie wydatków na administrację byłoby proporcjonalne do obcinania etatów) zmniejszyłoby to wskaźnik biurokratyzacji gospodarki do poziomu 3,1% urzędników wśród ogółu zatrudnionych. To byłby 65% poziomu Finlandii i 62% poziomu Irlandii.

Innymi słowy, nawet uczynienie z Polski absolutnego przykładu wstrzemięźliwości biurokratycznej w Europie zlikwidowałoby niecałe 40% deficytu. A przecież obcięcie wydatków na administrację o połowę jest praktycznie niewykonalne w okresie roku. Po drugie, trzeba wziąć pod uwagę mnożnik fiskalny takiego kroku oraz jego skutki gospodarcze. Jak obcięcie 40 mld złotych wydatków państwa (finansowanym długiem a nie podatkami!) wpłynęłoby na popyt wewnętrzny? Czy rynek pracy jest na tyle elastyczny by wchłonąć 215 000 zwolnionych urzędników?

Jestem wielkim zwolennikiem obcinania wydatków na administrację. Mam jednak wrażenie, że ludzie, często poważni ludzie, którzy występują w mediach z przesłaniem, że deficyt budżetowy można rozwiązać reformą, zmniejszeniem administracji najzwyczajniej w świecie zdają się oszukiwać swoich rozmówców. Powtórzę to jeszcze raz: nie rozwiąże się problemów deficytu budżetowego w Polsce bez reformy/obcięcia przywilejów emerytalnych i rentowych, na które w tej chwili polski budżet nie jest stać.

Co nie znaczy, że można zrezygnować z postulatów zmniejszania biurokracji i wydatków na biurokrację. Tylko nie łudźmy się, że to rozwiąże problemy budżetowe.