Zastanawiam się czy po ogłoszeniu drugiej rundy quantitative easing (QE2) przez FED na nowo pojawiły się opinie o rychłym upadku dolara. Byłby to już drugi raz w ostatnim czasie – poprzednio upadek dolara wieszczono na przełomie 2008 i 2009 roku. Wiosną 2010 roku internetowi eksperci zmienili front i zaczęli pisać o upadku euro – to efekt kryzysu zadłużeniowego w UE.

W obydwu tych przypadkach starałem się przekazać czytelnikom, że każdy proces ekonomiczny wywołuje reakcję, żadne państwo nie jest samotną wyspą. Znaczne osłabienia dolara czy euro zdecydowanie poprawiłoby konkurencyjność amerykańskich lub europejskich towarów na światowych rynkach a więc znacznie pogorszyłoby konkurencyjność towarów z gospodarek, których waluty nie podlegałyby deprecjacji. Trzeba olbrzymiej dozy naiwności by oczekiwać, że europejscy czy japońscy politycy i bankierzy patrzyliby ze spokojem jak Amerykanie ich kosztem wychodzą z osłabienia gospodarczego przez wzrost eksportu. Ten mechanizm jest wyraźnie widoczny w reakcji świata na ogłoszenie przez FED programu QE2.

Podobny problem istnieje w przypadku postulowanego przez USA umocnienia juana. Willem Thorbecke, z Asian Development Bank Institute zwrócił uwagę na fakt, że zdecydowana większość chińskiej nadwyzki handlowej generowana jest przez tak zwany obrót uszlachetniający (processing trade). Wiele chińskich produktów eksportowych w Chinach jest jedynie składanych w oparciu o podzespoły importowane z innych państw Azji Wschodniej, głównie z Korei Południowej i Tajwanu. Oznacza to, że ewentualne wzmocnienie juana a więc osłabienie konkurencyjności chińskiego eksportu nie leży w interesie państw Azji Wschodniej, które istotnie odczują spadek chińskiego eksportu, który przełoży się na spadek eksportu z tych państw do Chin.

Za Willem Thorbeck

Za Willem Thorbeck

Kolejnym zagadnieniem jest kwestia kontroli przepływów kapitałowych. Skutkiem ubocznym działań FED jest tworzenie nadpłynności w globalnym systemie finansowym. Nadmiar pieniądza poszukuje ekstra rentowności i z reguły znajduje je w rynkach wschodzących. Rzecz w tym, że rynki wschodzące nie potrzebują gorącego kapitału lokowanego na rynku akcyjnym i w obligacjach rządowych, tym bardziej, że napływ kapitału sprzyja aprecjacji waluty a więc osłabieniu konkurencyjności eksportu. W dużym stopniu jest to także zjawisko obecne w Polsce. Rodzi ono dodatkowy problem: banki centralne zwlekają z podniesieniem stóp procentowych w obawie przed jeszcze większym umocnieniem waluty mimo widocznej presji inflacyjnej (na przykład w Korei stopy wynoszą 2,25% przy inflacji powyżej 3%).

Pewnym rozwiązaniem jest wprowadzenie bezpośredniej lub pośredniej kontroli przepływów kapitałowych. Nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy porzucił swoje zideologizowanie stanowisko w tej sprawie i zachęcił państwa wschodzące do rozważenie takich działań. W komunikacie ze szczytu G20 w Seulu także znalazło się miejsce na opinie, że rozważnie zaprojektowane mechanizmy regulacyjne mogą być wprowadzone w państwach o przewartościowanych walutach w reżimie płynnego kursu walutowego. Takie działania sprawdziła już Brazylia i Tajlandia. Oczywiście, jeśli jedno państwo wschodzące ogranicza swój rynek dla gorącego kapitału to kieruje się on do innych EM – stąd oczekiwania fali regulacji przepływów kapitałowych nie są pozbawione podstaw.