Natknąłem się na interesujący tekst w anglojęzycznej blogosferze, którego autor zachęca czytelników by zamiast inwestować na rynku akcyjnym poszukali okazji w swoim najbliższym otoczeniu i zainwestowali w mikroprzedsiębiorstwa. Co Scott Locklin ma na myśli? Otóż, zachęca on do inwestowania w funkcjonujące obok nas mikrofirmy. Kuzynka chce otworzyć przychodnię dentystyczną? Kolega ze studiów myśli o otworzeniu sklepu internetowego? Znajomy chciałby naprawiać wózki widłowe? Za pomocą prostej umowy cywilnoprawnej możemy stać się udziałowcami ich przedsięwzięcia, do którego my wniesiemy kapitał a oni wiedzę i pracę.

Scott Locklin zwraca uwagę na kilka zalet takiego podejścia. Po pierwsze, najczęściej doskonale będziemy znać biznes, w który inwestujemy. Większość inwestorów na rynku akcyjnym nie ma takiego komfortu. Być może jeszcze ważniejszą kwestią jest znajomość ludzi odpowiedzialnych za biznes, w który chcemy zainwestować. Wielu odnoszących sukcesy inwestorów, w tym Warren Buffett, podkreśla, że spotkania z zarządami, analiza dokonać zarządów, jest integralną częścią ich procesu inwestycyjnego. Ten rodzaj analizy jest bardzo ograniczony dla inwestorów indywidualnych. Po trzecie, nawet przy małym zaangażowaniu kapitałowym kontrolować możemy dużą część takiego biznesu, a więc z jednej strony posiadać możemy aktywny wpływ na strategię a z drugiej strony mocne zabezpieczenie prawne. To kolejna przewaga inwestowania w mikrofirmy nad inwestowaniem w spółki publiczne.

Oczywiście, po przeczytaniu artykuły Locklina zadałem sobie pytanie: jakie są wady takiego modelu inwestowania? Myślę, że najważniejszą kwestią jest płynność. Inwestycja w mikroprzedsiębiorstwa nie posiada nawet ułamka płynności inwestowania w spółki publiczne, zwłaszcza w blue chipy. Większość inwestorów indywidualnych jest w stanie wyjść ze swoich giełdowych inwestycji na jednym fixingu. Wyjście z inwestycji w mikroprzedsiębiorstwa może trwać kilka miesięcy, jeśli w ogóle będzie możliwe.

Druga kwestia to ograniczone możliwości dywersyfikacji. Geograficzna dywersyfikacja przy inwestowaniu w mikrofirmy jest praktycznie wykluczona. Co z dywersyfikacja sektorową? Zapewne jest możliwa ale przy inwestowaniu w różne segmenty w końcu utracimy przewagę wynikającą ze znajomości branży. Chyba, że jak typowy bloger, znamy się na wszystkim.

Trzecia kwestia to łatwość. Owszem, profesjonalne, aktywne inwestowanie z wykorzystaniem analizy fundamentalnej jest czasochłonne i wymaga pewnej eksperckiej wiedzy. Ale istnieją przecież metody inwestowania pasywnego (na przykład poprzez certyfikaty lub fundusze indeksowe). W takiej strategii wymagania dotyczące wiedzy i czasu są bardzo niskie. W przypadku inwestowania w mikrofirmy nie sposób sobie wyobrazić rezygnacji z kontrolowania rozwoju naszej inwestycji.

Warto jeszcze wspomnieć o szeregu korzyści wynikających z inwestowania na rynku publicznym wynikających ze specyfiku rynku. Wszystkie obecne na rynku spółki muszą spełnić pewne minimalne wymagania określone przez regulatora, na przykład te dotyczące standardów raportowania wyników finansowych. Wiele spółek objętych jest analizami i rekomendacjami analitycznymi, które same w sobie są marną pomocą inwestycyjną, ale zawierają użyteczne informacje, które inwestorzy mogą wykorzystać we własnych analizach.

Być może dla wielu ludzi inwestowanie w mikrofirmy może wydawać się atrakcyjne ponieważ widzą w nim możliwość spróbowania swoich sił jako venture capitalist albo anioł biznesu. Warto jednak pamiętać, że tym rodzajem inwestowania także zajmują się eksperci wspomagani przez analityków finansowych.

Zastanawiam się tylko czy istniej albo byłby popyt na ewentualną platformę umożliwiającą indywidualnym inwestorom zaangażowanie w mikroprzedsiębiorstwa. Co o tym myślicie?