Gdy ostatnim razem pisałem o Węgrzech, rzecznik węgierskiego rządu ostrzegał rynki finansowe słowami: Mówienie o niewypłacalności naszego kraju nie jest przesadą. Wczoraj i dziś Węgry znów trafiły na czołówki globalnych mediów finansowych. Tym razem za sprawą ultimatum, które węgierski premier postawił obywatelom państwa, którym zarządza.

Otóż, węgierski rząd zamierza przejąć warte około 14,6 mld USD aktywa prywatnych funduszy emerytalnych (PFE) i włączyć je do finansów publicznych. Każdy uczestnik funduszy, który zdecyduje się kontynuować oszczędzanie w prywatnym sektorze utraci 24% swojej pensji, którą jego pracodawca przekazuje na konto funduszy. Tę część kontrybucji emerytalnej przejmie państwa. Na konto oszczędzającego państwo przekazywać będzie 10% pensji, którą przekazuje na fundusz emerytalny sam pracownik. Przejęcie przez państwa ponad 2/3 kontrybucji emerytalnych nie nałoży na państwo zobowiązania do wypłaty emerytury.

Uciekając się więc do odrobiny populizmu, możemy stwierdzić, że węgierski rząd powiedział swoim obywatelom, że albo przeniosą się do rządowego systemu emerytalnego albo rząd ‘rabować będzie’ 2/3 ich składki emerytalnej. Nie trudno się więc dziwić, że analitycy porównali Węgry do Argentyny, która kilka lat znacjonalizowała system emerytalny.

Reakcja rynków finansowych była łatwa do przewidzenia: forint mocno osłabił się do euro, na budapesztańskim parkiecie nastąpiły wyraźne 3% spadki, wzrosła rentowność obligacji, agencje ratingowe dały do zrozumienia, że przygotowują się do cięcia węgierskiego ratingu kredytowego. Ta ostatnia kwestia jest o tyle interesująca, że Węgry są już bardzo blisko ratingu śmieciowego.

Swoje ‘trzy grosze’ dołożyli analitycy. Simon Quijano-Evans z Cheuvreux napisał, że biorąc pod uwagę kompletną nieprzewidywalność procesu decyzyjnego węgierskiego rządu zdecydowaliśmy się rekomendować wycofywanie się z węgierskich aktywów finansowych. David Nemeth z ING napisał, że mamy do czynienia z efektywną nacjonalizacją prywatnych funduszy emerytalnych. To koszmarny scenariusz.

Węgierski przypadek jest o tyle interesujący, że dyskusja o przyszłości systemu emerytalnego toczy się także w Polsce. Myślę, że reakcja rynków na to co się dzieje na Węgrzech powinna być ważnym determinantem decyzji polskiego rządu.

Sytuacja jest skomplikowana. Z jednej strony istnieje egzekwowany przez machinę państwową przymus uczestnictwa w OFE, które około 60% aktywów inwestują w obligacje rządowe. Wcześniej jednak zabierają jednorazowo ponad 3% składki emerytalnej oraz corocznie około 0,5% wartości aktywów. Rozumiem więc przedstawicieli rządu, którzy argumentują, że ta sytuacja jest absurdalna. Równie dobrze rząd może emitować specjalne obligacje emerytalne, które trafiałyby na indywidualne konta emerytalne. Przecież tutaj nie trzeba żadnego pośrednika – wystarczy dobry system komputerowy.

Z drugiej strony wykonanie ruchu podobnego do tego, który wykonał rząd w Budapeszcie zniszczy całą ideę indywidualnego oszczędzania na emeryturę. Zirytuje też rynki finansowe. Co więcej, korzyść z przejęcia kontroli na aktywami emerytalnymi jest czysto iluzoryczna, statystyczna. Myślę więc, że najlepiej byłoby gdyby rząd wykorzystał całe zamieszanie do wymuszenia likwidacji opłaty wstępnej, obniżenia opłaty za zarządzanie do 0,4%, może 0,3% aktywów rocznie. Wtedy niepotrzebny byłby nawet zakaz akwizycji – po prostu OFE nie miałyby na nią pieniędzy.

Niestety moja propozycja niesie spore korzyści dla oszczędzających, spore straty dla OFE i niewielkie zyski dla rządu – prędzej więc spodziewałbym się wyboru Yeti na prezydenta Mrągowa niż takiej postawy rządu Tuska. Najbardziej prawdopodobne wydaje się ‘przehandlowanie’ obligacji emerytalnych za pozostawienie mafijnie wysokich opłat na niezmienionych poziomie. Rząd dostanie swoją statystyczna ulgę a OFE swoje oligopolistyczne przywileje.