Pewien czas temu jeden z czytelników bloga, argumentując, że istnienie gospodarki wojennej, z aparatem państwa bezpośrednio sterującym życiem ekonomicznym, jest ideą na wskroś lewicową, zainspirował mnie do rozważenia tytułowego pytania. Nie przypominam sobie by w ostatnich stuleciach państwo zdecydowało się prowadzić wojnę totalną bez implementowania gospodarki wojennej, w gruncie rzeczy nakazowo-rozdzielczej.

Wielu ludzi twierdzi jednak, że wolny rynek to najbardziej efektywny sposób alokacji zasobów. Stąd moje pytanie: dlaczego żadne państwo nie wykorzystało jeszcze mechanizmu rynkowego do prowadzenia wojny totalnej? Czy zwolennikom wolnego rynku nie wydaje się logiczne, że państwo które maksymalnie zliberalizuje machinę wojenną uzyska ogromną przewagę strategiczną nad pogrążonymi w nakazowo-rozdzielczym marnotrawstwie przeciwnikami?

Drodzy czytelnicy, wyobraźcie sobie Sztab Generalny rozpisujący przetarg na wykonanie zadanie ‘Przełamanie frontu na Łuku Kurskim’. Do przetargu przystępują konsorcja dwóch zgrupowań wojsk a Sztab Generalny wybiera to, które zaproponowało najniższą cenę. Czy działanie mechanizmu rynkowego nie zwiększy efektywności działań wojennych?

A co z wprowadzeniem konkurencji w segmencie werbunku do armii? Czy nie powinno się pozwolić wolnym ludziom by sami zdecydowali, w której armii chcą walczyć? W końcu żołnierze motywowani bodźcami rynkowymi będą dużo bardziej efektywni niż żołnierzy przymuszani do służby wojskowej, prawda?

W argumentach o tym czy system ochrony zdrowia powinien być prywatny czy publiczny zwolennicy wolnego rynku często mówią, że ochrona zdrowia to tak ważna dziedzina życia, że nie powinno się pozwolić nieefektywnemu państwu na zajmowanie się nią. A co z prowadzeniem wojny nuklearnej? Dlaczego nikt nie domaga się sprywatyzowania arsenałów jądrowych? To chyba ważniejsze niż służba zdrowia.

Czy nie powinniśmy pozwolić prywatnym korporacjom na zbudowanie wreszcie ponad-super dźwiękowego, niewidzialnego i niesłyszalnego, defensywno-ofensywnego bombowca atakującego drugiego uderzenia? Przypomniałem sobie o tych rozważaniach po lekturze pouczającego tekstu w Boston Globe, w którym ukazano przenikanie się amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego i emerytowanych, najwyższych oficerów amerykańskiej armii. Około 80% emerytowanych trzy i czterogwiazdkowych generałów i admirałów pracuje na stanowiskach doradczych w prywatnym biznesie zbrojeniowym. Wielu z nich doradza w tym samym czasie Pentagonowi.

Zdumiewa mnie jak niewiele uwagi poświęca się marnotrawstwu państwa w dziedzinie zbrojeń i wojskowości.