W czasie przygotowywania wizualizacji prognoz o rychłym upadku skandynawskiego modelu gospodarczego (coming soon!) natrafiłem na dane, które w dużym stopniu wyjaśniają problemy budżetowe Polski. Z bazy danych statystycznych OECD wybrałem dane o populacji w wieku produkcyjnym oraz o zatrudnieniu by policzyć wskaźnik aktywności zawodowej (employment-to-population ratio).

Najprościej rzecz ujmując, wskaźnik ten pokazuje jaka części z ludzi, którzy teoretycznie mogą pracować – pracuje, a więc ‘dokłada się’ do PKB. Popatrzcie na ten wykres:

EMP to 15-64 PLN

Zaledwie 58% Polaków w wieku produkcyjnym jest zatrudnionych, przy wskaźniku dla OECD na poziomie 68%. To nie wszystko, wśród najbogatszych państw rozwiniętych wskaźnik ten przekracza nawet 75%, przy czym prym w tej statystyce wiodą państwa skandynawskie co doskonale potwierdza przenikliwą tezę wybitnego polskiego ekonomisty, prof. Jana Winieckiego o tym, że ‘socjał’ zaimplementowany w skandynawskim modelu gospodarczym rozleniwia społeczeństwo, któremu nie chce się pracować. Dziś jednak skupimy się na Polsce.

Pozwólmy sobie na dość prymitywne założenie i przyjmijmy, że krańcowa produktywność zatrudnionych w Polsce jest stała co pozwoli nam na dojście do wniosku, że jedynie osiągnięcie średniej OECD zwiększyłoby polski PKB o około 16%. Zwiększenie PKB o 16% rozwiązałoby praktycznie problem deficytu budżetowego. Dlaczego? Po pierwsze, o około kilkanaście procent zwiększyłyby się dochody budżetu. Po drugie, zapewne spadłyby wydatki budżetu gdyż wiele z tych 10% niepracujących Polaków w wieku produkcyjnym utrzymuje się z transferów rządowych (renty, emerytury, zasiłki). Powtórzmy to – osiągnięcie poziomu aktywizacji zawodowej państw rozwiniętych praktycznie rozwiązałoby polskie problemy budżetowe.

Zupełnie osobną kwestią jest to jakim procesom ‘zawdzięcza’ Polska tak niski poziom aktywności zawodowej. Pewną rolę odgrywa tu z pewnością szara strefa. Na inne przyczyny tego zjawiska zwraca uwagę wykres pokazujący zmianę wskaźnika aktywności zawodowej w latach 1990-2009:

EMP to 15-64 1990-2009

Nie oszukujmy się – poziom z 1990 był fikcją, pochodną popularnego jeszcze w niektórych środowiskach mitu o ‘pełnym zatrudnieniu’ w PRL. Później bojaźliwe lub lewicowe rządy forsowały liberalne reformy, które sprowadzały się do tego, że nadmiar zatrudnionych w restrukturyzowanych lub prywatyzowanych przedsiębiorstwach likwidowano poprzez przeniesienie pracowników poza siłę roboczą – na wcześniejsze emerytury lub do dziurawego systemu rentowego. Ta polityka działała w krótkim terminie. Z jednej strony neutralizowała niezadowolenie społeczne. Z drugiej strony poprawiała sytuację na rynku pracy. W długim terminie, rachunek za tę politykę zapłacić miały kolejne rządy przytłoczone rozmiarem wydatków stałych. To dlatego bawi mnie, że wśród ekonomicznych autorytetów z zapałem liczących rosnący dług publiczny tak wielu jest architektów opisanej wyżej polityki społeczno-gospodarczej. Nie pierwsi to i nie ostatni ludzie domagający by ktoś inny pił nawarzone przez nich piwo.

Wróćmy jednak do głównej myśli wpisu: klucz do zbilansowanego budżetu leży w systemie emerytalno-rentowym. Najbardziej pożądanym rozwiązaniem tych problemów jest wzrost zatrudnienia.