Być może najbardziej fascynującym aspektem klasizmu jest jego ponadklasowość. Nie jest niespodzianką, że medialny ekspert z tytułem profesora dzieli się z czytelnikami gazety niesprawiedliwymi, opartymi na uprzedzeniach opiniami o ludziach z niskim statusem ekonomicznym. Nie jest zaskoczeniem, że podobne nastawienie przejawią przedstawiciele biurowej klasy średniej, którzy z wyraźną wyższością spoglądają na gorzej zarabiających i gorzej wykształconych ludzi. Do refleksji skłania fakt, że klasistowskie poglądy przejawiają także ludzie o niskim statusie ekonomicznym. W ostatnich tygodniach spotkałem ludzi zarabiających niewiele powyżej minimalnego wynagrodzenia, którzy dzielili się uwagami o dzieciorobach, którzy przepiją każdą z 500 złotówek, które dostawać będą w ramach rządowego programu 500+. Na uwagę, że przecież oni sami albo ich znajomi mogą być beneficjentami tego programu odpowiadali, że to coś zupełnie innego i oni na pewno mądrze wykorzystaliby te pieniądze.

Merriam-Webster definiuje klasizm jako niesprawiedliwe traktowanie ludzi z powodu ich ekonomicznego statusu, uprzedzenie lub dyskryminacja oparte na klasie społecznej. W tym kontekście będę pisać o klasizmie. Według mnie jednym z najważniejszych aspektów klasizmu jest przypisywanie osobom z niskim statusem ekonomicznych niskich standardów moralnych. Lustrzanym odbiciem takiej postawy jest przekonanie o wysokich standardach moralnych przedstawicieli ekonomicznej lub edukacyjnej elity.

Dyskusja* o rządowym programie 500+ pokazała ogromną rolę, którą klasizm odgrywa w kształtowaniu opinii społecznej w sprawach polityki socjalnej. Na potrzeby niniejszego tekstu szukałem idealnego przykładu klasistowskiej postawy w dyskusji o programie 500+. Moja cierpliwość została wynagrodzona. Okazało, że przedstawiciel rządu, dla którego program 500+ jest sztandarowym elementem polityki społecznej, wystąpił z propozycją, która idealnie pokazuje istotę klasistowskiego myślenia. Minister Sprawiedliwości, wnuk polskiego oficera, Zbigniew Ziobro zaproponował by pieniądze transferowane w ramach programu 500+:

  • deponować na specjalnym koncie
  • wypłacać z tego konta specjalną kartą płatniczą
  • tylko w ramach zapłaty za artykuły ściśle przeznaczone dla dzieci, na przykład ubrania, kosmetyki, środki pielęgnacji, produkty żywnościowe

Tak więc przedstawiciel rządu uznał, że potencjalni beneficjenci programu 500+ są intelektualnie lub moralnie niezdolni do podjęcia decyzji o tym w jaki sposób przeznaczyć pieniądze z programu 500+ w celu poprawienia sytuacji swoich dzieci. Należy więc opracować listę produktów, czym zajmą się wybitnie kompetentni urzędnicy, na które nierozgarnięci lub lekkomyślni rodzice będą mogli przeznaczyć pieniądze przekazane im przez polski rząd. To przecież niedopuszczalne by rodzic zdecydował  przeznaczyć transfer w ramach 500+ na kurs zawodowy, który podniesie jego kwalifikacje i w długim terminie zwiększy dochody albo na trochę większy samochód, który pozwoli rodzinie wygodniej podróżować. Naturalnie, do wdrożenia systemu spec-kont, spec-kart i spec-listy (mam nadzieję, że gender-odpornej: pan minister nie chce przecież dopuścić do sytuacji by z transferowanych pieniędzy kupowano chłopcom lalki), trzeba będzie zatrudnić setki urzędników.

Postawa ministra Ziobry nie jest dla mnie niespodzianką. Bardziej zaskakująca może się wydawać reakcja dziennikarzy i publicystów, których praktycznie cały światopogląd ekonomiczny można streścić zdaniem „obywatele lepiej niż urzędnicy wiedzą na co wydać swoje pieniądze”, a którym pomysł ministra bardzo się spodobał. Można zapytać: dlaczego ktoś kto regularnie używa argumentu „obywatele lepiej niż urzędnicy wiedzą na co wydać swoje pieniądze”, na przykład przeciwko podwyżkom podatków, entuzjastycznie popiera ideę współtworzenia przez urzędników budżetów domowych tysięcy polskich rodzin? Moim zdaniem powód jest prosty. Obywatele to oni, klasa średnia, ludzie mądrzy i odpowiedzialni. Beneficjenci programu 500+ to zupełnie inna grupa ludzi. Ci ludzie nie potrafią gospodarować pieniędzmi. Gdyby potrafili byliby klasą średnią. W tym kontekście, kuriozalny wydaje się fakt, że beneficjentami programu 500+ będą także wielodzietni przedstawiciele klasy średniej. Zapewne po otrzymaniu tych dodatkowych 500 złotych dostaną małpiego rozumu i natychmiast pobiegną przepuścić wszystko w monopolowym.

W Polsce mieszkają setki tysięcy beneficjentów uprzywilejowanych systemów emerytalnych. Płacą niższe składki i otrzymują wyższe emerytury niż ludzie w standardowym systemie. Oznacza to po prostu, że państwo co miesiąc przesyła im transfery pieniężne ze środków, które zebrało w podatkach. Czy wyobrażacie sobie polityka postulującego stworzenie listy produktów, które ludzie mogliby kupować za swoje uprzywilejowane emerytury? Dlaczego żaden publicysta ani dziennikarz nie martwi się, że emerytowani sędziowie przeznaczają swoje emerytury na koniaki i cygara? Przecież możliwość, że jakiś przedstawiciel niższej klasy średniej kupi sobie za pieniądze z programu 500+ butelkę wódki nie daje spokoju dużej liczbie medialnych ekspertów.

Zapewne jakaś część środków w ramach programu 500+ trafi do rodziców borykających się na przykład z problemami alkoholowymi i zostanie zmarnotrawiona. Taki sam los spotyka zapewne jakąś część uprzywilejowanych emerytur. Istotne pytanie brzmi w tym wypadku: jaki poziom marnotrawstwa uzasadnia wprowadzenie rządowej kontroli nad budżetami tysięcy polskich rodzin?

Moim zdaniem pojawiające się przy okazji dyskusji o programie 500+ pomysły są częścią idei poniżania i stygmatyzowania biednych za pomocą programów socjalnych. W 2015 roku uchwalono w stanie Kansas prawo, które ograniczyło jednorazową wypłatę (w bankomacie) ze specjalnego konta z transferami społecznymi do $25 dziennie. Amerykańskie banki pobierają opłaty za wypłaty z tego typu kont (około $2), swoją opłatę pobiera też Kansas ($1). Tak więc na biednych ludzi wypłacających swój transfer socjalny w bankomacie nałożono coś w rodzaju 10% podatku. To samo prawo zabroniło między innymi wydawania pieniędzy z pomocy społecznej na bilety do kina, na basen lub na alkohol. Jak zauważył Dylan Matthews z Vox programy socjalne skierowane do klasy średniej nie posiadają tego typu obostrzeń. Rząd nie interesuje się na przykład tym na co zostaną wydane pieniądze zaoszczędzone dzięki uldze podatkowej na odsetki od kredytów hipotecznych.

Skąd się bierze tak ogromna popularność klasistowskich postaw? W żadnym wypadku nie zamierzam pomniejszać roli zwykłego bucostwa, silnej potrzeby czucia się lepszym i bardziej wartościowym od innym ludzi. Potrzeby, którą przejawiają także bardzo zamożni i odnoszący sukcesy życiowe ludzie. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwa błędy poznawcze, które wspierają klasistowskie postawy. Pierwszym z nich jest utożsamianie wyniku z procesem. To skłonność do zakładania, że dobre decyzje prowadzą do dobrych rezultatów a złe decyzje prowadzą do złych rezultatów. Korzystając ze skrótu myślowego zakładamy, że jeśli ktoś jest biedny to musi za to ponosić odpowiedzialność – jest  leniwy, rozrzutny, może niezbyt rozgarnięty. Tymczasem poza osobistymi cechami, których duża część jest z kolei wynikiem loterii genetycznej, na sukces lub porażkę w życiu wpływają środowisko, w którym ktoś się wychowuje i czynnik szczęścia. Wyobraźmy sobie dwie bliźniaczki z Warszawy, które kończą liceum ekonomiczne i zostają księgowymi w latach 70. Jedna zaczyna pracę w banku, druga w fabryce kurtek gdzieś pomiędzy Warszawą a Łodzią. Po transformacji ustrojowej jedna z nich jest pewnym przedstawicielem klasy średniej, na dobrej drodze by dostać spory pakiet akcji prywatyzowanego banku a druga bezrobotną z małego miasta z 30% strukturalnym bezrobociem (szwaczki nie posiadały kluczowej w III RP umiejętności palenia opon pod Sejmem).

dilbert szczescie sukces w zyciu

Za Scott Adams

Klasistowskie postawy może wspierać także efekt halo. To rodzaj podstawowego błędu atrybucji polegający na przypisywaniu komuś cech osobowościowych na podstawie pierwszego wrażenia. Ten błąd kognitywny prowadzi na przykład do przypisywania inteligentnej osobie innych pozytywnych cech takich jak pracowitość czy uczciwość. Jeśli pierwszą docierającą informacją jest jakiś sygnał niskiego statusu ekonomicznego, biedy to umysł może automatycznie uzupełniać obraz takiej osoby o inne negatywne cechy: lenistwo czy lekkomyślność. Obawiam się więc, że możemy być zaprogramowani do przejawiania klasistowskich postaw.

Kilka tygodni temu zetknąłem się z taką banało-bzdurę: państwo nie powinno zachęcać do posiadania dzieci ludzi, którzy gotowi są zdecydować się na dziecko bo dostaną od państwa 500 złotych miesięcznie. To w rzeczywistości bardzo klasistowskie stwierdzenie, które sugeruje, że ludzie, którzy odpowiedzą na program 500+, których dodatkowe 500 złotych przekona do postarania się o dziecko, są bardzo nieodpowiedzialni. Na tyle nieodpowiedzialni, że nie wychowają dobrze swojego dziecka. Myślę, że sporo przedstawicieli klasy średniej zgodziłoby się z takim rozumowaniem, przynajmniej w pierwszej reakcji

Jakiś czas później zapytałem znajomych czy wyobrażają sobie jakąś kwotę subwencji, która przekonałaby ich do postarania się o dziecko. Odpowiedzi były raczej negatywne z zastrzeżeniem, że mogliby się zastanowić przy kwocie pozwalającej na zatrudnienie dobrej niani (w Krakowie to byłoby pewnie z 3000 zł). To jest oczywiście czysto abstrakcyjny scenariusz, nikt nie zaproponuje wyższej klasie średniej programu 3000+. Myślę jednak, że sporo ludzi mogłoby wskazać jakąś wysoką kwotę państwowego wsparcia, która mogłaby wpłynąć na ich plany prokreacyjne. Potwierdza to moja twitterowa ankieta. Można teraz wyobrazić sobie milionera który mówi: państwo nie powinno zachęcać do posiadania dzieci ludzi, którzy gotowi są zdecydować się na dziecko bo dostaną od państwa 3000 złotych miesięcznie.

Myślę, że klasizm odgrywa ważną rolę w kreowaniu poglądów wielu ludzi na problemy polityki socjalnej**. Z własnego doświadczenia wiem, że bardzo łatwo jest uznać oparte na klasowych uprzedzeniach banały za oparte na zdrowym rozsądku argumenty przeciwko pomocy społecznej. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie pomysły w tej dziedzinie są warte implementowania. Warto jednak nauczyć się odróżniać merytoryczną krytykę polityki społecznej od sprzeciwu bazującego na klasowych uprzedzeniach.

* Z kilku powodów nie jestem zwolennikiem rządowego programu 500+. Po pierwsze uważam, że program 500+ będzie bardzo nieefektywnym programem wspierania dzietności. Programy wspierania dzietności są z reguły bardzo mało efektywne (o czym świadczą na przykład mizerne rezultaty jakie uzyskuje w tej dziedzinie niezwykle zdeterminowany, ponadprzeciętnie efektywny politycznie i dysponującymi bardzo dużymi zasobami Singapur) a transfery pieniężne są bardzo mało efektywnymi mechanizmami wspierania dzietności. Po drugie, uważam że program 500+ jako program pomocy społecznej, bo tym jest w rzeczywistości mimo innych deklaracji, nie jest ewidentnie potrzebny. Gigantyczny bodziec konsumpcyjny nie jest spójny z rządową polityką wspierania inwestycji. Podzielam też obawy, że pieniężny charakter programu może mieć negatywne skutki dla aktywności zawodowej, zwłaszcza wśród kobiet. Wreszcie, moje preferencje ideologiczne nie czynią ze mnie entuzjasty prób sterowania przez państwo tak intymnymi decyzjami obywateli jak decyzje prokreacyjne.

** Sytuacja staje się wyjątkowo trudna gdy podziały klasowe nakładają się na podziały rasowe  czy etniczne